With a full glass and an empty heart
W życia wędrówce, na początku czasu, straciwszy z oczu szlak niemylnej drogi, w głębi ciemnego znalazłam się lasu...
Stoję na straconej pozycji - w moim świecie nie ma Wergiliusza. Poza tym, Alighieri zaliczył chociaż trzydziestkę. A podobno nasze pokolenie wolniej dojrzewa psychicznie...
Nie wiem. Stwierdzenie Tygodnia: nie wiem. Nic już nie wiem.
-Przygotuj się po prostu na to, że może nie dać rady i tyle.
-Jestem na zero. Nie da rady i będę na minusie, więc... dzięki, ale dzięki.
Robiąc wszystko, żeby nie stracić kontroli - tracę ją. Nigdy nie brałam się za typ, który szukałby zapomnienia i bezsensownego buntu, właściwie tego nie robię, a może jednak, nie umiem tego wytłumaczyć, czy o drugiej nad ranem z obcą szklanką w dłoni, w kuchni, której nie znam, wśród ludzi, których nie znam, a którzy dzielą swoje nieszczęście w chwili spalenia, czuję ulgę? strach? spokój? niepokój? radość? a może wreszcie nic oprócz basów, przy których nie muszę o niczym myśleć, bo one mówią mi nawet jak pompować krew i pracować płucami, poddają rytm pulsowaniu mięśnia sercowego. Cud życia w misce chipsów.
-Pa... pamiętam ją na ostatniej imprezie u N., kiedy ty ją spytałeś "Natalio, czy jesteś oportunistką?", a ona na to... ona na to... nie pamiętam co ona na to.
Dlaczego życie zmusza mnie do wyciągania ręki z zamkniętymi oczami?
Jak dekadencka postać z kiepskiego, oklepanego serialu szukam czegoś, co mogłabym poczuć, a że resztka niewinności we mnie wzbrania się jeszcze przed sposobami Kazimierza, radzę sobie jak mogę. Jednocześnie trzecia myśl wymieszana z brudem spod dywanu przeszłości doskonale widzi co robię, więc powstrzymuje mnie przed palnięciem naprawdę dużego głupstwa (rzecz w pomniejszającej swe granice definicji głupstwa), zatem... Zatem wszystko w porządku, tak?
-Mmm, ile masz lat?
-Osiemnaście i nie zbliżaj się do mnie.
Jeżeli wszystko jest tak w porządku, to dlaczego czuję, że nic nie jest w porządku?
Unoszę brwi w niemym geście zdumienia i szacunku dla F., któremu niespodziewanie dla mnie udało się wyrazić to słowami - podobnymi do tych, które nawiedziły Zaceszyt prawie rok temu. Masz rację, do gołej kości.
W sumie nie jest tak źle, tylko ta potworna... niepewność.

Jestem zagubiona.
Jestem przerażona.
Jestem popieprzona.

Tagi: iron virgin, uczta-dialogi imprezowe
djkopyta 2009-11-01 16:20:33 skomentuj (44)
You tell me lies, But you do it with style.
Dzisiejszy dzień był zły. Po prostu... zły. Stopień nasycenia negatywną karmą osiągnął poziom, w którym zaczęłam bać się kontaktów z ludźmi, żeby przypadkiem kiepska aura nie przeszła na nich i nie wepchnęła ich pod autobus.
Nie, nie czuję złości. Na ten temat kiedyś napiszę całkiem inną notkę. Kiedyś, kiedy będę gotowa. Smutek? A co to takiego? Deszcz na policzku? Nie miałam przyjemności. Rezygnacja? Zdefiniuj.
Jak to jest, że drobne rzeczy niszczą nas skuteczniej niż wielkie katastrofy? Jakbyśmy byli grubym murem, który życie próbuje pokonać gołymi rękoma - może nas tylko rozbierać... kawałek... po kawałku... jedna... cegiełka... za drugą...
Intrygujące - po przekroczeniu pewnego punktu krytycznego nie potrafisz już zrobić nic innego niż zaśmiać się nieco histerycznie każdej kolejnej seryjnej myśli prosto w rozciągnięte w szerokim uśmiechu zęby. Duże, ostre zęby.
Śmiejcie się razem ze mną, bo niczym innym już nie mogę się z Wami podzielić. Nie mam czym. Nic mi nie zostało. Obawiam się, że wyjadamy resztki, moi drodzy... ale to ostrzeżenie i tak Was nie powstrzyma, prawda?
"Bad Days have a nasty habit of getting worse once you realize that they are Bad Days."
Polecam, naprawdę gorąco polecam serial Skins. W celu dalszej eksploracji zapraszam do rubryczki po prawej.


djkopyta 2009-10-24 00:58:28 skomentuj (19)
She's my cocaine
Poprzednia notka była testem - sprawdzałam ile osób pofatyguje się ją przeczytać i może jeszcze, nie daj Boże, skomentować bez natręctwa newslettera jakim ostatnio stał się mój opis na gg.
Oblaliście, jeżeli Was to interesuje.
Powinnam uczyć się WOS-u (po tym, jak cały dzień spędziłam ucząc się rachunku prawdopodobieństwa i podstaw statystyki, z których i tak nie dostanę nic ponad dopuszczający, hej-ho, ja i moje szalone życie). Ale co mi tam, dlaczego by nie potracić czasu pisząc kolejną, nikomu niepotrzebną i nie niosącą ze sobą żadnego intelektualnego i/lub egzystencjalnego przekazu notkę?
Anno Domini 2009, Śnieg - Pierwsze Starcie.
Rano... Hm, o godzinie jedenastej rano obudziło mnie tupanie. Otworzyłam jedno oko. Nic. Ciemność. Uświadomiłam sobie, że spędziłam całą noc z twarzą wciśniętą w poduszkę, cudem unikając przyczynienia się do podwyższenia procentowego wskaźnika występowania zespołu nagłej śmierci łóżeczkowej w Polsce. Podejrzewam podświadomą próbę samobójczą. Udało mi się przekręcić głowę i otworzyć oko jeszcze raz. Kiedy już światło przestało sprawiać mojemu mózgowi ból, ujrzałam pośrodku pokoju mojego brata tańczącego z moim psem do wtóru lecącego w tle "Last Christmas".
-Pogięło? - wychrypiałam elokwentnie.
-Mnie pogięło? To chodź i spójrz za okno. - Łaj not, pomyślałam mężnie.
Łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Żebra bolały, zapewne z powodu nocnej aktywności mojego instynktu samobójcy i było mi podejrzanie zimno. Aha, skonstatowałam osiągając pozycję mniej horyzontalną, a bardziej pionową (chwiejną). Spałam na kołdrze, w jakimś starym podkoszulku. Przykryta samą narzutą.
Zatem dwie podświadome próby samobójcze jednej nocy. W takich chwilach zadziwiam samą siebie.
Owinęłam się nieszczęsną kapą i podeszłam do okna. Mistrz małodobry, znany szerzej żyjącemu w błogiej nieświadomości społeczeństwu jako mój brat, podniósł roletę. Biel rzuciła się na moje gałki oczne i zaczęła je dusić.
-...tego jeszcze nie było. Białe myszki, różowe słonie, ale śnieżne delirium - to pewna nowość.
Tako rzecz Nat - problem ze śniegiem nie polega na tym, że pada. Kłopoty zaczynają się, kiedy topnieje jak głupi.
Pytanie Dnia: Droga Ciociu Samo Zło, dlaczego nie żyjemy w hippisowskiej komunie, gdzie musiałybyśmy się uczyć jedynie Kamasutry, a nie Konstytucji?
Ciocia Samo Zło: nie mam pojęcia, Martuś, nie mam zielonego pojęcia.
Właściwie dlaczego mówi się akurat "zielonego" pojęcia?
To całkiem zabawne jak ludzie, którzy ignorowali Twoje istnienie przez trzy lata, teraz upewniają się przez dwa tygodnie, że przyjdziesz na ich imprezę, a kiedy już się tam znajdujesz pełna podejrzeń i przelatujących przez głowę wizji samej siebie oblanej świńską krwią, przepijają do Ciebie czym i za co kto ma, a na koniec nie chcą Cię puścić do domu.
Zabawne w dość mało zabawny sposób.
Bonus ficzers:
The Morning After Tori.
Myślałam, że będę w stanie. Ale jednak nie. Nie mogłabym tutaj opisać w jakikolwiek sposób tego, co czułam i czuję. Ten koncert... jakkolwiek sentymentalnie by to nie brzmiało, ten koncert był dla mnie zbyt silnym i zbyt ważnym przeżyciem, żeby móc wyrazić to na blogu. Nie zgadzam się do końca z L., ale ten przypadek byłby potwierdzeniem jego teorii. Ekshibicjonizm. Passskudne słowo, moi drodzy, passskudne.
Powiem tylko, że nadal nie mogę się otrząsnąć. Atmosfera i miłe dla oka efekty świetlne to jedno, zanurzenie się w muzyce, w rytm której krew przepływa przez Twoje ciało, to coś zupełnie innego.
Bez oskarżeń o egzaltację, proszę.
Dla tych, którzy nadal ośmielają się zadawać bluźniercze pytania z cyklu Who The Fuck Is Tori Amos?! - tak, to "ta rudowłosa pianistka", którą gdybym mogła, wciągałabym całe dnie, przyjmowała dożylnie i doustnie, a nie tylko dousznie. Tak a propos - czy ktoś w ogóle klika w linki z muzyką, którymi zapewniam Wam liźnięcie synestezji? Pytam z czystej ciekawości, i tak zamierzam to robić nadal.
Zawsze podzielałam zdanie T. Andersona - nie podoba mi się pomysł, że coś rządzi moim życiem. Gdybym jednak koniecznie musiała pokazać siniaki nabyte szturchnięciem palca Przeznaczenia, jeden z nich z całą pewnością należałby do muzyki pani Amos. Nie, nie powiem co, jak i gdzie. Lwią część historii tak czy kwak powinniście już być w stanie złożyć w całość sami. Nie wierzycie? Ależ ja mam w sobie coś z Hansa, haczyk tkwi tylko w tym, by przypomnieć sobie, gdzie ostatnio widzieliście pasujący okruszek.
Kocham ją (muzykę), bo jest taka jak ja i tęczowe cebule we wszystkich odcieniach szarości. Podziwiam ją (Tori), bo przeżyła i zachowała przy tym iskrę (mimo, że śpiewa o jej stracie).
Kto inny zwraca się "sweetheart" do fana na m&g?
Puka się w głowę na koncercie?
Pisze i nagrywa około dwustu siedemdziesięciu piosenek w zasadzie o wszystkim oprócz miłości?
I kto inny potrafi śpiewać w jakości studyjnej przez prawie trzy godziny, grając jednocześnie na czterech do pięciu klawiaturach jednocześnie?
Bonus do bonusa: zakończenie koncertu, bis bisu - oto co straciliście, filistrzy (jestem gdzieś tam, klaszcząc razem z resztą ludzi przy scenie i krzycząc "Don't you forget!"):


Tagi: tori amos
djkopyta 2009-10-14 22:39:05 skomentuj (21)
I'm sick but I'm pretty, baby
Nie, jednak nie.
Tamtej notki nie mogłam znieść tak bardzo, że musiałam ją wykasować. Jeśli ktoś chce, to proszę bardzo - jest do wglądu w moim Folderze Wstydu (dajcie mi chwilę to taki założę, dotychczas istniało zapotrzebowanie jedynie na Teczkę Wstydu i zapewniam Was - jest niewygodnie gruba).
Zmiana strefy klimatycznej.
Chora. Znowu. Wyjaśnijcie mi coś, proszę - mój organizm. Nie wymagam od niego zbyt wiele. Nie uprawiam wspinaczki wysokogórskiej bez ekwipunku. Nie biorę udziału w konkursach piękności od czwartego miesiące życia jak amerykańskie dziewczynki z matkami owładniętymi żądzą sukcesu i uznania, których nigdy same nie zaznały. Nie palę (otóż nie!). Piję w granicach rozsądku. Nie nurkuję na zabójczych głębokościach, nie walczę z niedźwiedziami grizzly i nie szprycuję się nawet RedBullem (bo niedobrze mi od samego zapachu, ale to jeden z tych nieistotnych szczegółów technicznych, które zamierzam wyniośle zignorować). Ubieram się ciepło i poza lekkim niedoborem snu oraz uzależnieniem od kawy nie narażam swojego ciała na zbyt wielkie wyzwania, ponieważ podejrzewam, że najprawdopodobniej i tak by im nie sprostało.
Zatem dlaczego od roku mój organizm przestał się bronić?!
Hej, ciało Nat. System immunologiczny. Sys-tem im-mu-no-lo-gicz-ny. Służy do obrony. To nie jest specjalnie trudne, naprawdę, samo spróbuj, a zobaczysz jak fantastycznie można się bawić wyganiając z piaskownicy zarazki. Jestem pewna, że przy bliższym poznaniu udałoby ci się nawiązać owocną współpracę z leukocytami, to naprawdę bardzo przyjemne krwinki, zabawne, zawsze postawią piwo etc.
Czy ja właśnie toczę dyskusję ze swoim organizmem?
Nie powinnam. Nie do tego służą blogi. Blogi służą do tego, żeby opróżniać na nie szerokim i pełnym bolesnego entuzjazmu chlustem wiadro z pomyjami własnych egzystencjalnych dylematów, dammit. Ból - tak. Wątpliwości? Proszę bardzo. Rozdarcie moralne? Z rozkoszą. Natomiast spokój ducha? Ty Na Górze broń, nigdy w życiu! Może jeszcze niczym nieuzasadnione zadowolenie z własnej sytuacji życiowej, tego by tylko brakowało.
-Cierp, Nat. Cieeeeeeeeerp. No dalej, jesteś w tym dobra. Obie wiemy, że tego chcesz. Patrz! Wszyscy naokoło są przyzwoicie nieszczęśliwi, ale nie, oczywiście nie, ty jak zwykle musisz iść pod prąd! Zobacz, masz takie ładne problemy, które tylko czekają, żeby się nimi pobawić. Może jakiś przykry koszmar z przeszłości? Wiesz, że okropnie im się nudzi bez ciebie. I ten język, Santa Maria, może od razu napisz notkę, która będzie zrozumiała dla zwykłych śmiertelników. Tragedia. A gdzie eteryczność?! Gdzie wrażliwość?! Gdzie zaznaczenie własnej odmienności?! Czy niczego się nie nauczyłaś przez ostatnich kilka lat? Dorośnij!
-Ale...
-Nat. Narzekaj, do ciężkiej cholery! Na! Rze! Kaj! Mam ci to wypisać na czole? Jesteś nieszczęśliwa, pamiętaj o tym o każdej porze dnia i nocy, bo inaczej nazwą cię nudnym głupcem bez krzty charakteru.
-A pocałuj mnie w nos.
-Świetnie. Sama chciałaś. Jeszcze zobaczysz. Przybiegniesz w podskokach, skomląc o powrót do żałości.
-Wiem. Ale dopiero jutro.
-To już lepiej idź zrób jakąś pracę domową, przynajmniej załamiesz się nad własną niewiedzą i może wszystko wróci do normy. Aha, skup się na łupaniu w czaszce. Mogłabyś chociaż zrobić mi tę przysługę i wykorzystać potencjał chorobowy.
-Ho-hum, nie. Idę sobie poczytać.
-Masz deklarację maturalną do wypełnienia! Nie wiesz nadal, co zdajesz! Nie przeczytałaś nawet tematów na ustną!
-A kogo to obchodzi?
-Ciebie powinno!
-No niestety, bardzo mi przykro, ale w chwili obecnej? Mam to gdzieś.
Dzień dobry.

Tagi: matura, reaktywacja
djkopyta 2009-09-26 16:40:04 skomentuj (16)
It's a fight, it's a fight and you finally belong
Dla Emilki i Gosi.
Jeśli wiem o przyjaźni cokolwiek, wiem to dzięki Wam.

Raz.

Pierwszym uczuciem jakiego doznaję po ujrzeniu stojącej przede mną dziewczynki jest rozczarowanie. Nie mogę się powstrzymać, wszyscy o których czytałam mieli czarne, złote albo rude włosy i niebieskie lub czarne oczy, a ona... jest taka... nudna. Nijaka. Dzisiaj pewnie powiedziałabym, że mdła. Nie wiem, czego się spodziewałam, ale na pewno nie tego. Najwidoczniej odruchowo się krzywię, bo dziewczynka stojąca obok szafki na buty stojącej w przedpokoju robi to samo.
Pamiętam, że odwracając się od mojego pierwszego świadomego spotkania z lustrem pomyślałam „Więc to tak wyglądam? O to tyle krzyku?”.

Dwa.

-Natalka!
-Nataluś, gdzie jesteś?
Gwałtownie podnoszę głowę znad trzymanej na kolanach grubej książki w twardej oprawie – wszystkich części „Pana Kleksa” w jednym tomie. Patrzę szeroko otwartymi oczami na stojące przede mną mamę i przedszkolankę. Na ich twarzach maluje się ulga.
-Co się stało? – zamykam niechętnie książkę. Jest ciepło, maj, a może już nawet czerwiec?
-Wołamy cię od dobrych piętnastu minut, co ty robiłaś? – Chowam książkę do teczki, czas iść do domu.
-Czytałam. – Mama uśmiecha się.
-Szukałyśmy cię na placu zabaw, myślałyśmy, że bawisz się z innymi dziećmi… - zaczyna przedszkolanka i urywa. Rzucam okiem na swoją grupę bawiącą się na małpim gaju, same sześciolatki, bo w pięciolatkach nie było już miejsca.
-Nie, czytałam tu sobie.

Trzy.

Pierwszym, co przychodzi mi na myśl jest zapach.
Bardzo charakterystyczny, drewna, żywicy, pasty do podłóg, starych dywanów i czegoś, co w dwa miesiące później nauczę się nazywać „kalafonią”. Unosi się w powietrzu od samego wejścia, przenika korytarze i sale lekcyjne obite peerelowską imitacją boazerii.
Dźwięk. Jednostajny... szum? Szmer? Nie, bardziej ciche... skrzypienie instrumentów. Wszystkich. Przez cały czas.
Jesteśmy na piętrze, mama opiera się o białe kraty oddzielające dla bezpieczeństwa uczniów powierzchnię korytarza od szerokiej klatki schodowej, a ja wiruję po korytarzu, biegam, skaczę i tańczę, tańczę, tańczę stukając płaskimi obcasami bordowo-czarnych butów do kostki w skomplikowanym rytmie, który słyszę tylko ja.
Przechodzący mężczyzna taksuje mnie spojrzeniem i nachyla się do mamy. Mama śmieje się i kręci głową. Kilka lat później dowiem się, że pytał ze zdziwieniem, czy prowadzi się również egzaminy na zajęcia ze stepowania.
Zapraszają mnie do sali. Na lewo, przy wejściu – jasnobrązowe pianino, za nim rząd starych, odrapanych ławek zawalonych krzesłami zalegającymi na blatach. Na ścianie nad nimi wiszą duże tablice z ilustracjami rodzin instrumentów. Jedna ćwiartka tablicy ma na nieskazitelną ciemnozieloną powierzchnię nałożony szereg białych pięciolinii. Naprzeciwko drzwi – ściana okien. Długi, kamienny parapet, na nim kilka rachitycznych roślinek w plastikowych doniczkach – później okaże się, że wszystkie są mięsożerne. Pod parapetem równie długi stół pokryty standardowym zielonym suknem. Wszystko to oceniam jednym spojrzeniem, bo już kilka obecnych w sali Dorosłych Osób zaczyna zadawać mi pytania.
-Podobno twoja starsza koleżanka uczy się u nas gry na skrzypcach. Małgosia... L., tak?
-Tak. – Pomarszczona pani uśmiecha się chytrze do kolegów, potem do mnie i odwraca mnie w kierunku ściany z tablicami. Wskazuje na jedną z nich, na której widnieją rysunki kilku, na pierwszy rzut oka takich samych instrumentów.
-To może spróbujesz pokazać nam skrzypce na tym obrazku?
-To pośrodku – odpowiadam natychmiast. Szmer wśród Dorosłych Osób. Uśmiech ześlizguje się z jej twarzy.
-Dobrze – przyznaje niechętnie. - Skąd wiedziałaś? – Wzruszam ramionami.
-Widziałam je u Małgosi. – Za kogo ona mnie ma, za idiotę? Mam już sześć lat, a podpisy są wyraźne. Kontrabas. Wiolonczela. Skrzypce. Altówka. Postanawiam zachować swoją umiejętność czytania w tajemnicy, jako asa w rękawie.
Szereg zadań. Pamiętam tylko dwa. Mam się odwrócić tyłem do pianina i powiedzieć ile dźwięków słyszę naraz, dwa czy trzy. Walizka, w niej różne przedmioty, jakieś chusteczki, łyżka, drobiazgi. Otwierają walizkę, zamykają, mam wyrecytować z pamięci co było w środku. Oglądają mnie uważnie, zwłaszcza ręce, palce, dłonie, długość przedramion. Wreszcie mogę iść. Za mną idzie pomarszczona cwaniaczka. Woła mamę.
-Pani K.? Prosimy na chwilę, mamy pani coś do powiedzenia…
-Zaczekaj tutaj.
Więc czekam. Po chwili, znudzona, wracam do tupania w rytm muzyki w głowie.

Cztery.

-Zamawiam „Siedem kaczych plag”!
-Nie, ja zamawiam!
-A nie, bo ja!
Ja i Gosia rozkładamy śpiwory wśród okruchów po chipsach zaściełających dywan w pokoju Emilki. To zadanie wymagające niezłej praktyki połączonej z kreatywnością – miejsca jest mało, podłogę zaściełają ułożone rocznikami stosy Gigantów. Na honorowym miejscu, między śpiworami w łóżkiem Emilki – stare kartonowe pudło wypchane starymi numerami Kaczora Donalda Gosi.
Mogłoby być tego jeszcze kilka ciężarówek, a my i tak kłóciłybyśmy się o tego samego Giganta, jak zawsze.
-Byłam pierwsza!
-To daj mi chociaż przeczytać najpierw „U myszy na urodzinach”.
-Hmm...
-Oj pliiiiiz? – Gosia robi łaskawą minę.
-Niech ci będzie. – Obracamy się na dźwięk chichotu Emilki. Siedzi w kolorowej piżamie na łóżku z Gigantem ze znajomą okładką na podołku.
-To ja zabieram tego o poszukiwaniach biletu numer jeden! - Gosi i mnie opadają szczęki. Zapada groźna cisza. Gosia marszczy brew.
-Ej, mogę ci go ukraść! Ostatecznie jestem wcieleniem zła! Mrocznym Fantomenem! – wybuchamy śmiechem.
-Tak, ale ja jestem Magiką i nie oddam go bez walki – podczas gdy Emilka i Gosia angażują się w pojedynek spojrzeń znany mi już od wielu, wielu lat, ja grzebię zawzięcie w stosach Gigantów. Wreszcie z jednego z nich wyciągam triumfalnie gruby tom z Donaldem i Dziobasem na zielonym tle na okładce.
-To wy się kłóćcie, a ja przeczytam sobie „Kaczki na wizji” – rzucam, po czym zaczynam wczołgiwać się do śpiwora. Nie zdążam.
Moje dwie jedyne przyjaciółki rzucają się na mnie z dzikim okrzykiem.

Pięć.

-Nie dam rady! – jestem bliska płaczu ze strachu.
-Dasz!
-Nie! – siedzę na czwartym szczeblu drewnianych drabinek na naszym placu zabaw. Dla mnie to jak szczyt Empire State Building. Emilka stoi po drugiej stronie drabinek i marszczy brwi.
-Jak mówię, że dasz radę, to dasz! Ja mam zawsze rację, nawet wtedy...
-...nawet wtedy, kiedy jej nie masz, wiem! – kończę za nią gniewnie. – Ale nie dam rady tego przejść, Emila, próbowałam już z milion razy!
-Dasz! Po prostu potrzebujesz odpowiedniej motywacji! – Nagle moja przyjaciółka uśmiecha się. – Już wiem! Wyobraź sobie, że po drugiej stronie są naleśniki! – patrzę na nią przez chwilę jak na wariatkę.
-Co?
-Wyobraź sobie, że po drugiej stronie są naleśniki! Z… z dżemem! Jaki dżem lubisz?
-Wiśniowy... - odpowiadam niepewnie rozluźniając odrobinę uścisk śmierci na szczeblu drabinki.
-To naleśniki z dżemem wiśniowym! Są tutaj, po drugiej stronie. Czekają na ciebie.
-Emilka. To głupie. Tam nie ma naleśników. – Emilka przewraca oczami.
-O rany, użyj wyobraźni! Po prostu przełóż nogę przez ten głupi szczebelek i już! – zamykam oczy. Po chwili otwieram je i zaciskam zęby. „Naleśniki, naleśniki” zmuszam się do skandowania w mojej głowie. Powoli przekładam nogę nad szczytem drabinki i kładę ją na szczeblu po drugiej stronie. Następnie ostrożnie dostawiam do niej drugą. Opuszczam obie szczebelek niżej. Wypuszczam powietrze z płuc, chwytam się kurczowo drewna i rzucam Emilce triumfujące spojrzenie. Ta klaszcze.
-Brawo! To teraz w drugą stronę. – Mało nie spadam z drabinki.
-Co?!
-Wyobraź sobie, że po drugiej stronie czeka czekoladowy tort...

Sześć.

Patrzę ponuro na listę tematów na sprawdzianie z polskiego. Jestem zmęczona, niedługo egzamin na koniec pierwszego semestru – tegoroczny Schradieck mnie powoli zabija. Czwarta klasa podstawówki.
„Napisz list do Ferenca Molnara, autora „Chłopców z Placu Broni”, z prośbą o zmianę zakończenia utworu”.
Hm, czemu nie? Faktycznie było beznadziejne – nie znoszę nieszczęśliwych zakończeń. Zaczynam pisać. Po chwili przewrotna myśl wpada mi do głowy. Zapisuję ją, jest całkiem zabawna, najwyżej obniży mi ocenę za nieformalny styl. W chwilę potem następną. I następną. I następną...

Siedem.

-Aaa! Karolina, chowaj to, szybko, szybko!
-Gdzie niby mam to schować?! – Emilka wykręca ręce w bezradnym geście rozpaczy, rzucając nerwowe spojrzenie w kierunku drzwi. To jej jedenaste urodziny i właśnie miska z popcornem wylądowała pośrodku dywanu. Sprawa jest poważna – w każdej chwili może wejść mama.
-Nie wiem, zrób z tym coś! – Nagle solenizantka uderza się dłonią w czoło i wybiega z pokoju, podczas gdy my gorączkowo próbujemy zgarnąć popcorn z powrotem do miski. Po chwili Emilka wpada do pokoju z maleńkim, ręcznym, różowym odkurzaczem do ubrań. – Ta-daa! – rzuca triumfalnie, po czym przy akompaniamencie zachęcających okrzyków z naszej strony zaczyna odkurzać. Nagle, stojąca na czatach Karolina rzuca:
-Idzie! – patrzymy po sobie w panice. Ja i Gosia w niemym porozumieniu rzucamy się na podłogę i ciągniemy za sobą pozostałe dziewczyny, zakrywając krajobraz po katastrofie własnym ciałem. W tej samej chwili wchodzi mama Emilki i zastaje wszystkich gości zrzuconych na malowniczą kupę pośrodku pokoju.
-Dziewczynki, co wy robicie? – na dwie sekundy zapada straszna cisza. Po chwili słyszę obok siebie rezolutny, choć nieco przytłumiony przez brak oddechu głos Gosi:
-Umm, ćwiczymy piramidę?

Osiem.

Przyciskam plecy płasko do kafelków, którymi obudowana jest wanna, ale nie czuję ich zimna przez gruby sweter, który mam na sobie (sweter? Bluzkę? Coś ciemnego o długich, postrzępionych od ciągłego naciągania na dłonie rękawach), znajomy od dziecka kudłaty łazienkowy dywanik w kolorze bladej wątróbki pod stopami, nie wydaję z siebie żadnego odgłosu. Ani. Jednego. Dźwięku...
Po takim czasie, jestem w tym lepsza niż byście myśleli.
Zaraz wstanę i splunę do umywalki, zaraz wstanę, przysięgam, zaraz wstanę.

Dziewięć.

Tego lata odkrywamy nową zabawę - nagrywanie za pomocą mikrofonu.
Klik.
-Gotowe?
-Gotowe.
[chwila ciszy]
-Majormeeeeeeen, to dzielny bohater nasz! Spędza wrogom z oczu sen jego miła twaaarz! Zawsze czujny, to dzielny bohater nasz! Spędza wrogom z oczu seeeen, nasz maaaaajoooooormeeeeeen!
[wybuch śmiechu]
Klik.
Klik.
-Emilka, to nudne, ile razy można…
-Cicho. Saaaaaakuuuuraaaaaa, saaaaakuuuuraaaaaa… Nooooo jaaaaaaa maaaaaa toooo… [wybuch śmiechu] O co wam znowu chodzi?!
-Żebyś widziała swoją minę jak to śpiewasz!
-To nawet lepsze niż wzdychający harcerz i chichocząca stokrotka! [śmiech]
-A co, wy umiecie niby lepiej?!
Klik.
Klik.
-Witam państwa serdecznie w kolejnym odcinku audycji „Multimedialne Lalala z Emilią”. Dziś w naszym programie zawitamy do Japonii, krainy samurajów, sushi oraz…
-SAKURY!
-TAAAAAAAAAK! Jeeeeaaaaa! SAKURAAAAAAA!
-…tak. [westchnięcie] Oraz sakury.
-JESTEŚMY DZIEĆMI SZATANA!
-POMIOTAMI Szatana!
-W naszym studiu gości również, jak słychać, zespół heavymetalowy „Pomioty Szatana”, który nagrał własną…
-HEAVY METAL! GRRRRRRRRRR!
-…śmiałą…
-SAKURA! SAKURA!
-…interpretację tej starej, ludowej…
-ZŁOOOOOOOOOOOOOOO! SAKURAAAAAA! WOOOOOOHOOOO! [wycie]
-…pieśni japońskiej…
-SAKUUUUUURAAAAA! SATAAAAAAAN!
-Jesteście beznadziejne.
Klik.

Dziesięć.

-Byłam na twoim blogu. – Idziemy chodnikiem wzdłuż „mojego” placu zabaw.
-O. No i?
-Nie wiem, dziwne te twoje notki jakieś. – Monika liże w zamyśleniu swojego loda. – Nie możesz po prostu pisać o tym, co robiłaś danego dnia, jak większość ludzi?

Jedenaście.

Nie czuję stresu. Nie czuję zdenerwowania, paniki ani niepokoju.
Właściwie to nie czuję nic.
Słyszę ciche pokasływania niosące się głębokim echem po sali koncertowej. Komisja jak zwykle siedzi w połowie, tam gdzie rzędy krzeseł zaczynają się wznosić. Jestem już przy scenie. Szmery, dużo szeptów. Odbijam się z prawej nogi, wskakuję na podest i… tracę równowagę. Upadam na scenę przejeżdżając dobre dwa metry na nutach trzymanych w lewej ręce.
-Wszystko w porządku?
-Nic jej się nie stało?
-Skrzypce! Czy skrzypce są całe?! – słyszę profesora R., krzepkiego faszystę o osobowości kapo obozu jenieckiego, który pełni obowiązki przewodniczącego komisji egzaminacyjnej skrzypiec najprawdopodobniej od czasów dinozaurów.
-Nie, nie... w porządku... - mruczę do akompaniatorki, która pomaga mi wstać. Podchodzę do pulpitu. Kładąc na nim nuty, uświadamiam sobie, że trzęsą mi się dłonie. Ustawiam smyczek na strunach i wtedy przez lodowatą mgłę przebija się do mojej świadomości jedna, jedyna myśl – to jest właśnie to. To jest pół godziny, do którego sprowadza się sześć lat wyrzeczeń, ćwiczeń i nerwów. Ostatnich sześć lat upłynęło mi na przygotowaniu do tej właśnie chwili. Pół godziny… i koniec.
Zaczynam grać gamę.

Dwanaście.

Jest ponury, zimowy poranek. Pierwszy stycznia. Mam dwie godziny snu za sobą oraz różową koszulę nocną, podkolanówki w paski naciągnięte na jeansy (nie swoje), puchowy płaszcz i kapcie na sobie. Towarzyszą mi Ewa i Fafik w równie niekompletnych strojach (w tym Fafik w moich butach) oraz kot babci Ewy prowadzony na smyczy. Właśnie przeżyłam najlepszego Sylwestra w moim życiu, podczas którego mało nie wyskoczyłam ze skóry oglądając „Blair Witch Project”, rzucałam się śniegiem z parapetu, jedna z moich koleżanek straszyła nas swoim biustem oraz dostałam kotem prosto w twarz. Ewa trzyma czekoladowego szampana w sreberku, którym wymachuje entuzjastycznie, a ja dźwigam butelkę z wodą źródlaną oraz jedną trzecią błyszczącego napisu „HAPPY NEW YEAR!”. Rozmawiamy z przesadzonym rosyjskim akcentem.
-Nu, to jo bedym Matrioszka, a kot bydzie Saszo. I jo wystowim Saszo do walk w matuszce Rosiji. – Przedstawia plan Fafik z poważną miną, wymachując kotem, który wygląda jakby właśnie urzeczywistnił się największy koszmar jego życia.
-Ohoho, a do wolk z kim, Matrioszka? – pytam.
-Nu jak tu! Z kogutomi!
-Z kogutomi? – upewnia się Ewa. Fafik udaje oburzoną pytaniem.
-Oczywista! Saszo to mistrz w wolkach z kogutomi! Na Czechoch mo już zloty medal, i w Chorwocji mo złoty medol, i w Joponii tyż! – zapada cisza. Potem wybuchamy śmiechem. Wychodzimy spomiędzy bloków Ursynowa na chodnik koło ulicy. Okolica jest opustoszała – nic dziwnego, w końcu jest dopiero siódma rano. Dostrzegamy przejeżdżający autobus. Zaczynamy machać do kierowcy, Ewka potrząsa szampanem, Fafik – kotem, a ja wyciągam błyszczący napis „HAPPY NEW YEAR!” i wymachuję nim w górze.
-Szczęśliwego Nowego Roku! – ku naszemu zachwytowi kierowca autobusu odmachuje i odpowiada. Z ruchu warg czytamy „Szczęśliwego Nowego Roku”.
Śmiejąc się, wchodzimy w śnieg do kolan na pobliskim skwerze.

Trzynaście.

Siedzę na ławce przy piaskownicy, nad którą jako mała smarkula bawiłam się tyle razy z Gosią i Emilką w porodówkę (pomysł Emilki, rzecz jasna). Dlaczego tak nagle się… rozpadłyśmy? Jest grudzień, warstewka śniegu pokrywająca cały plac zabaw otoczony ogrodzeniem, którego nie było za moich czasów, błyszczy się słabo w świetle bijącym z halogenowych lamp myjni. Naokoło biega mój pies-wymówka. Wystawiam twarz na chłodny, zimowy wiatr. Mmhm. Nareszcie coś świeżego.
Patrzę na puste boisko świecące odrobinę nieziemskim światłem, patrzę na puste huśtawki skrzypiące na wietrze i czuję się staro.
Nikt jeszcze nie słyszał o empetrójkach, więc obok mnie leży wysłużony niebieski discman – prezent na komunię – obwiązany różową gumką do włosów, żeby klapka nie odpadła, a na moich uszach tkwią wygrzebane skądś stare słuchawki z doczepionym mikrofonikiem, który sprawia, że wyglądam jak członek obsługi kontroli lotów NASA. Dzieciaki śmiały się z tych słuchawek przez pół podstawówki, ale w sumie niewiele mnie to obeszło, najważniejsze, że mogłam słuchać „Tańca cukrowej wróżki” w plenerze. Do moich uszu sączy się „Explode”.
To dla mnie bardzo ważna piosenka.
Wypuszczam powietrze z płuc tylko po to, żeby zobaczyć, czy mój oddech zamieni się w parę. Owszem, zamienia się.
Nie mam z kim porozmawiać. Nie mogę z nikim rozmawiać. To jest… nierozmawialne.
A wtedy jeszcze nie wiem nawet, że to dopiero początek.
Słuchając fajerwerków odchylam głowę na oparcie ławki i zaczynam liczyć gwiazdy. Chciałabym biec.

Czternaście.

Pach, pach, pach, metaliczno-gumowy odgłos piłki od koszykówki uderzającej o brukową kostkę boiska na Tarchominie. Rzucam… dwa punkty. Czemu nie, w końcu gram sama, plecak oparty o rudobrązową podstawę kosza. Piłka jest niebiesko-biało-czerwona, z gwiazdkami i napisem „USA” - na razie te kolory nie kojarzą mi się z niczym, a już na pewno nie z flagą Francji. Wybitnie kiepskiej jakości i niedopompowana, półtorej godziny wcześniej wybrałam ją z przygnębiająco pustej półki pod bladym światłem jarzeniówek hipermarketu Auchan. Dlaczego akurat tę? Bo kosztowała osiem złotych.
Pach, pach, pach, kozłuję na pustym boisku, dwutakt z prawej. Z położonej kilka metrów dalej myjni Niebieski Słoń dobiega odgłos strumienia wody pod ciśnieniem uderzającego o karoserię auta. Od momentu powstania Niebieski Słoń był pusty tylko jeden, jedyny raz – parę lat temu, późnym wieczorem, kiedy końca dobiegał finał mistrzostw świata w piłce nożnej.
Pach, pach, pach, piłka ma brzydkie jajo z jednej strony, ale kogo to obchodzi? Jest moim jedynym towarzyszem w tym chyba najbardziej samotnym dniu mojego życia.
W głowie pobrzmiewa mi zapętlony urywek z Edyty Bartosiewicz – „tak czekaaaaałeś, lecz nie przyszedł nikt”.
Pach, pach, pach, rzut. Zagryzam wargi.
Tego wieczora napiszę w Dzienniku:
„Problem z urodzinami polega na tym, że za wiele po nich oczekuję”.

Piętnaście.

-I… no wiesz… o Boże, naprawdę nie wiem jak ci to powiedzieć, ale… problem w tym, że… że, no… że to ty jesteś tym potencjalnym chłopakiem.
Cisza.
Cisza, cisza, cisza.
To chyba najbardziej upokarzająca chwila w moim życiu.
Dopiero w trzy lata później przestanę się zwijać ze wstydu na myśl o niej. Będę się tylko krzywić.

Szesnaście.

Oddycham ciężko. Zostało mi jedno okrążenie i wreszcie koniec tego koszmaru. Jak ja nienawidzę zaliczeń z WF-u. Reszta dziewczyn jest przede mną, zaraz powinny kończyć. Odwracam się. Widzę ją z tyłu, potykającą się o własne nogi, wzrok wbity w ziemię. Zwalniam.
-Co się stało...? – nadal patrzy w ziemię, jej głos się łamie, kiedy wyrzuca z siebie:
-Nic nie umiem. – Zwalniam jeszcze bardziej, tak żeby truchtać koło niej.
-Co? Jak to: nic nie umiesz?
-Bo... bo ja nie mam żadnego talentu! Nic! W niczym nie jestem dobra! – ze zgrozą widzę pierwsze łzy. Zatrzymuje się, ja z nią.
-Ja... przecież ja też nic nie umiem. – Patrzę bezradnie na swoje ręce. Ileż godzin minęło mi na tych samych rozmyślaniach dwa lata wcześniej...
-Nieprawda! – teraz płacze już otwarcie. – Słyszałaś Kreta przed chwilą jak piała z zachwytu nad twoim tekstem! Ola umie śpiewać! Każda z was coś umie! Tylko ja nie! – tonie we łzach, podczas gdy idziemy powoli trasą wyznaczoną przez nauczycielkę, ramię w ramię.
-Ja... rozumiem, ale przecież jest mnóstwo rzeczy, w których...
-Co niby takiego?! Jestem beznadziejna, odkąd skończyłam tamten kurs nie widzę nic, co lubiłabym robić i w czym byłabym dobra! Nic! Słyszysz? Nic! A skoro nic nie umiem, nic we mnie nie ma, to po co mam żyć? Po co? – jej głos jest przytłumiony przez szloch. – Nie mogę przestać o tym myśleć, czuję się taka niepotrzebna, cały czas zastanawiam się nad tym, żeby skończyć z tym wszystkim... - Nie mogę na nią patrzeć w obawie, że sama się rozpadnę, a to nie jest to miejsce i nie ten moment, muszę jej pomóc, muszę, muszę, muszę…
O Boże, dlaczego zawsze ja? Dlaczego ja?
Zanim udaje mi się ją uspokoić mija dwadzieścia minut, nasza klasa zdążyła już rozpocząć powrót do szkoły, a ja i ona dostajemy po długim kazaniu od nauczycielki i po pale z zaliczenia. Śmiejemy się z tego razem, podczas gdy we mnie, coś w środku znowu robi się jeszcze cięższe.

Siedemnaście.

Poniedziałkowe popołudnie, środek zimy, ciemno. Warszawski Mokotów. Szybkie, niemal automatyczne potwierdzenie otoczenia: brązowy, gęsty, wysoki płot, nad nim górują świerki odcinające się wyraźnie na tle obsypanego śniegiem dachu z kilkoma wieżyczkami. Wrażenie osiągnięte za pierwszym razem potęguje się – gdyby doktor Frankenstein szukał nowej siedziby, byłby zachwycony tym miejscem. Chichoczę w duchu z ponurą ekscytacją. Podoba mi się tutaj. Klimatycznie. Wygląd wpisuje się w konwencję bardziej niż tego oczekiwałam. Mam pełną świadomość doniosłości chwili – mały krok dla ludzkości, wielki dla Natalii K.
A przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Parę miesięcy później miałam się dowiedzieć, że Zuzia miała jednak rację.
Och, madame Zuzu, mam nadzieję, że u Ciebie wszystko w porządku.
Prostuję się i przyciskam guzik domofonu widoczny obok zlewającej się z resztą płotu furtki.

Siedzę przy biurku w swoim pokoju, zastanawiając się jak właściwie doszłam tu, gdzie jestem. Naokoło mnie leżą prezenty od Emili, które wręczyła mi kilka godzin wcześniej – spędziłyśmy moje ostatnie dziecinne popołudnie zaśmiewając się nad zdjęciami z mojej komunii i wideo z kilkoma krępującymi fragmentami. „Siedem kaczych plag”, moja książka, do której muszę już tylko dopisać treść i tytuł, przewodniki po Francji. Obok zdjęcie mnie i Gosi na ogródku w kostiumach kąpielowych. Skrzypce za łóżkiem. Stos książek na stoliku nocnym. Folder z pisaniną w laptopie. Drzewo malowane nocami, kiedy myśli było za dużo. Jest jeszcze tyle rzeczy, które są mną, a o których mogłabym opowiedzieć – osiemnaście wspomnień to tak niewiele... Pewne kasety, pewne CV, pewna róża, pewne ferie, pewna dyskoteka w piątej klasie, pewna kłótnia w trzeciej gimnazjum, pewna łazienka, pewne okno, pewna Justyna, pewne poranki i pewne noce, pewna latarka, pewien dom, pewien deszcz, pewna piłka, pewni ludzie, pewna sukienka, pewna książka i pewna przysięga. Pewni chłopcy. Żałuję...
Żałuję, że nie pamiętam wszystkiego.
Jak zakończyć tę notkę? Tę najbardziej prawdziwą z nich wszystkich?
Może... na początku?

Osiemnaście.

-Jak to było? No... przede wszystkim całe lato spędziłam na budowie metra.
-Jak to?
-Tata tam pracował, a ja nie zamierzałam rodzić całkiem sama. Telefonu przecież nie mieliśmy.
-Więc przesiedziałaś całe lato na budowie metra?
-Tak.
-I co było dalej? Jaka była pogoda?
-Właśnie było tak dziwnie. Kiedy jechaliśmy do szpitala był bardzo ciepły, letni wieczór. Wręcz upalny. Pojechałam w sandałkach i letniej sukience. A jak wracaliśmy ze szpitala, to była już jesień... Pamiętam nawet, że się zaparłam na śliwki. W połogu nie wolno jeść takich rzeczy, ale ja powiedziałam tacie, że mam to gdzieś i zmusiłam go, żeby mi je przemycał. Wszystkie kobiety na sali patrzyły na mnie przerażonym wzrokiem i mówiły, że nie wolno, że dziecko będzie płakało, bo dostanie to razem z mlekiem i je, hm, rozedmie.
-Moment. Pojechaliście do szpitala dopiero wieczorem?
-Tak. Ty to się szybko urodziłaś. O wpół do pierwszej było po wszystkim. To tylko twój brat rodził się jak głupi.
-Psz, jakoś mnie to nie dziwi. A... a co pomyślałaś jak mnie zobaczyłaś?
-Cieszyłam się strasznie, że mam córeczkę.
-A tata? Chciał drugiego synka?
-Nie, myślę, że nie miał jakichś sprecyzowanych oczekiwań. Tylko się zdziwił trochę.
-Czemu?
-Pielęgniarka pokazała mu cię zaraz po porodzie, wiesz, przez szybę. No i mówi mu jak każdemu ojcu – „taka do pana podobna, no taka podobna”.
-A tata na to?
-Spytał się „a co, też ma wąsy?”.


djkopyta 2009-09-06 00:30:55 skomentuj (24)
Over the summer something changed
Na początku wynik konkursu, który chyba nie będzie szczególnym zaskoczeniem - wygrała Krzysia. Z kilku powodów - przede wszystkim chyba jako jedyna spełniła wszystkie wymogi. Ponadto za czerwonego M&M's-a. Przyjrzałam się... i w sumie... jak się zastanowić... Co do Amelii, to trafiłaś z jednym punktem w dziesiątkę, więc i tak nieźle. Szczęśliwego zwycięzcę prosimy o przesłanie na gg instrukcji dot. notki (choć nie obiecuję, że będzie to następna, która się pojawi), po czym oczekiwanie na moją odpowiedź z licznymi gniewnymi i kręcącymi nosem zapytaniami z rodziny "Ale dlaczego niby tak?".
Tak jest, mój wewnętrzny uparciuch o dojrzałości pięciolatka też ma swoje potrzeby.
Muszę przyznać, że jak dotąd sierpień bardzo mi się podoba. To zjawisko dotychczas niespotykane, ale skoro w tym roku od dawna chwiejna konstrukcja mojego skręconego jak bawarski precel życia i tak upadła, kompletnie wywracając wszystko do góry nogami... to przynajmniej zmiana na lepsze. Mam wrażenie, może fałszywe, że jakimś cudem udało mi się nie tylko oczyścić plac budowy, ale nawet ocenić fachowym okiem teren i zacząć rozglądać się w poszukiwanu łopaty do kopania pierwszych fundamentów.
Swoją drogą z pierwszeństwem przejazdu - czy tylko mi się wydaje, czy ten blog stał się w międzyczasie niebezpiecznie osobisty? Nie powinnam pozwalać mojej czujności dać się uśpić złudnym wrażeniem, że nikt nie czyta tego co tutaj piszę - nie raz juz i nie dwa, przekonałam się ze zdziwiniem graniczącym z przerażeniem, że zagląda tu więcej osób niż chciałoby się do tego przyznać. Nie, to nie jest miejsce na reklamę. To jest miejsce na uprzytomnienie sobie, że stała czujność, jak mała czarna i przekonanie o własnej wyższości, zawsze jest w modzie. Must-have każdego sezonu.
Wczoraj wróciłam do domu. Lubię wracać do domu, co ciekawe sam dom nie ma z tym nic wspólnego. Dom? Dom to zamknięty pokój z drzewem na ścianie, do którego co chwilę ktoś wchodzi, miejsce w którym popołudniami dzwoni telefon pełen ludzi.
Znowu odchodzę od tematu. Co było takiego niezwykłego w tym powrocie do domu? Odpowiedź na to intrygujące (bezsensowne) pytanie jest prosta jak banan: nic.
Gdyby nie to, że od roku bawię się tą myślą, myślą napisania czegoś o powrocie.
Czego nie zrobię w tym momencie. Z czystej przekory? Nie, bo ponieważ to nie jest ten czas i to nie jest to miejsce, to nie jest ta pora i to nie jest ten smak. Dziś nie jestem gotowa na ten konkretny stukot klawiszy. Może kiedyś do niego dorosnę.
Klawiatura, nie klawiatura, faktem, że te powroty wakacyjne bardzo kojarzą mi się z latem.
Ta notka to herbatnik, więc mogę sobie pozwolić na to, żeby nie była o niczym konkretnym, na to, żeby wzbudzić słuszny gniew Sz. za pisanie o sprawach nieważnych i przemaglowanych we wszystkich kierunkach przez wszystkich uroczych ludzi na tym och-jakże-wrażliwym świecie. Rozumiem ten punkt widzenia, gdyby moje życie nie składało się z drobiazgów, to pewnie sama podpaliłabym jedną z pochodni i złapała za widły.
Ci, którzy mnie znają (jest ktoś taki? Chętnie spotkam), zapewne nieraz słyszeli z moich ust deklarację nienawiści do naszego klimatu. Lubię deszcz. Pasjami wręcz. Śnieg? Proszę bardzo. Piękna, biała rzecz. Zimno? Dobry pretekst do tego, żeby załozyć twarzowy szalik (jakbym takowy posiadała...).
Ale moi drodzy, chłopcy i dziewczęta, nie czarujmy się w imię oryginalności - nie przez osiem miesięcy w roku, od września do kwietnia. Powtarzam zawsze dumnie za Jane - najważniejszy jest umiar. Pogoda też mogłaby przemyśleć to jakże cenne spostrzeżenie. Mróz ma swój urok, ale tylko tak długo, jak pozostaje za oknem, gdzie możemy skinąć mu uprzejmie głową - z bezpiecznej odległości.
Co tak bardzo cenię w lecie? Za czym tęsknię przez tych osiem długich, zimnych miesięcy?
Czy nie mogłabym po prostu powiedzieć: za wszystkim?
Ach nie, skąd, Bezwzględna Zołza zauważa, że herbatnik herbatnikiem, ale czasem trzeba znaleźć ujście dla kreatywności, nawet tak źle rozumianej jak w moim przypadku.
Za kolorami, to przede wszystkim. W październiku światu czasem udaje się jeszce zawirować w złocie i czerwieni jak na obrazakch w elementarzu, z którego wszyscy uczyliśmy się o Uli, Ali i Ince, ale poza nim? Jest szaro. Mój Boże, jak szaro... jedynym kolorem obecnym na ulicy jest wtedy co najwyżej zgnieciona folia po chipsach, ale jeśli mam być szczera, przygnębia mnie to jeszcze bardziej - śmieci na ulicy zawsze mnie przygnębiają.
Zachody słońca. Ale na ogoł tylko w teorii, bo najczęściej okazują się toksyczne. Wyglądają jakby były chore, może dlatego następują tak szybko?
Ale, ale, to ma być moje wspomnienie lata, pocztówka wysłana w przyszłość, więc...
...znowu wracamy do starej kliszy zalanej herbatą. Nic nie poradzę, to jeden z moich ulubionych. Nasycony niebieski - nie jakiś blady, anemiczny błękit. Noc, to tzw. błękit paryski, jeśli wolno mi ocenić swoim niefachowym okiem. Nie brudna, granatowopodobna kałuża. I zieleń, zieleń we wszystkich odmianach. Lubię tę ciemną, soczystą. Biel, która pozostaje biała, a nie jest coraz smutniejsza z każdym dniem, fiolet.
Zapachy... koniczyna i trawa. Koniczyna, bo kojarzy mi się z podwórkami na Tarchominie, a Tarchomin kojarzy mi się z... Podwórka zanim zabudowano je plastikowymi huśtawkami. Tęsknię za tymi prostymi drewnianymi siedziskami na łańcuchach. A jeszcze bardziej za tymi pierwszymi, na sztywnych, żelaznych pałąkach. Z łańcuszkiem, który zapinało się, żeby nie wypaść - czy jest ktoś, kto nie słyszał szeptanej na osiedlu przerażajacej historii o dzieciaku, który  pozwolił, aby niezapięty łańcuch bujał się razem z nim, aż w końcu uciął mu nogę? Kiedyś umieliśmy się bawić wszystkim. Oponą. Piaskiem. Patykami. Starą butelką. Cegłami kradzionymi z budowy bazarku. eM., czy pamiętasz nasz dom pod dębem na boisku? Miałyśmy telewizor. I kuchnię. A pamiętasz jak jeszcze nie było boiska? Ani myjni? Pamiętasz jak bawiliśmy się w kraje na podwórku przy szóstce? I skakałyśmy na Twojej skakance w czarno-białe paski do późnej, zimnej nocy? Pamiętasz?
Na chwilę poczułam się staro. W czuły i trochę smutny sposób.
Trawa skoszona. Sikret tajm: dlatego lubię kosić trawnik. Koszenie trawnika jest kolejną rzeczą, która kojarzy mi się z latem - połączenie zmęczonych nóg, obolałych po jeździe na rowerze i zapachu trawy. Plamy z trawy na spodniach.
Do licha, lato ma swój własny zapach. I nie jest to zapach trawy, koniczyny ani lodów na patyku, ani truskawek, ani błota w ciepłe popołudnie - choć te wszystkie pewnie się w nim zawierają. On jest. Unosi się w powietrzu. Nie udawajcie, że nie.
Za powiewem. Wiatr nalezy do innej pory roku, ale powiew, cóż, powiew we włosach.
Po co nosi się długie włosy? Powiem Wam - żeby czuć w nich ruchy powietrza. I innych być może kiedyś. I żeby czuć je na plecach. Niedoceniana Przyjemność Tygodnia - własne włosy opadające na ramiona, szyję, plecy. Łaskoczą. Ale tylko troszkę. Są ciepłe. I miękkie. To jakby dwadzieścia cztery ha na de nosić ze sobą pluszowego misia.
Za światłem. Jest tyle światła... wreszcie można dostrzec cień. Później wszystko ma tendencję do mieszania się w bezładną masę, która na końcu okazuje się niczym, bezwartościową pustką. Lato ma solidne, miękkie kontury.
Liczne drobne obrażenia. Ukąszenia komarów, siniaki pojawiające się Nie Wiadomo Skąd, zadrapania, na które nawet nie zwraca się uwagi. Masochizm? Jeżeli przykleicie tę nazwę do tego, że chodzę na pola w krótkich spodenkach... czemu nie? Nauczyłam się doceniać każdy kontakt, na jaki mogę sobie pozwolić. To przyjemne... czuć.
W tym momencie daję się już porywać wszystkiemu, co odbieram. Ciężko mi rozgraniczyć poszczególne sygnały.
Gołe nogi. Gołe ręce mamy na co dzień, gołe nogi? Tylko w lecie. Wyżej wspomniane zadrapania i powiewy, trawa i piasek, na których można się położyć, zimne i ciepłe płytki, delikatny dotyk własnej spódnicy ocierającej się szeptem o kolana - oh boy, w tym momencie prawie Wam współczuję, chłopcy.
Błoto? Irytujące na jesień, wiosnę i w czasie zimy, w lato - dziwnie satysfakcjonujące.
Błoto wyciąga ręce do zadrapań i plam z trawy na kolanach, idą pod prysznic. Później człowiek nigdy prawie nie czuje się do końca brudny ani do końca czysty, teraz każdego wieczoru mozesz zmyć z siebie grzechy dnia, a wychodząc z łazienki czujesz się jak sterylny Łazarz higieny (przepraszam, czy tu bluźnią?).
Za tym jak chodzę. Skreślcie to - ja nie chodzę, ja sunę. Wy też? Mam nadzieję, bo wtedy wszystko zwalnia. Najważniejszą cechą sunięcia jest ruch w poziomie. Kiedy chodzimy, nasze ciała najczęściej skaczą i tylko lekki skos przyczynia się do tego, że w ogóle możemy gdziekolwiek dojść. Kiedy sunę, wiem, że idę do przodu. I żadna trasa nie jest za długa. Nie jest wystarczająco długa, żeby się tym w pełni nacieszyć.
Za tęczami na rzęsach i zasłanianiem oczu ręką. Krótka lekcja fizyki - tęcza powstaje w wyniku rozszczepienia światła wewnątrz kropli wody (nawiasem pytając - czy potraficie wyobrazić sobie światło uwięzione w kropli wody?). Rozszczepienie to jest wynikiem zjawiska dyspersji, które powoduje różnice w kącie załamania światła przy zmianie ośrodka. Po co ja Wam to mówię? Rzecz w tym, że tęczę można zobaczyć na rzęsach. Patrzycie w słońe, mrużycie oczy, tak, żeby światło przechodziło i załamywało się na rzęsach i... są! To prawie jak małe tęcze w proszku. Rzecz w tym, że podobnie jak zasłanianie oczu ręką, robienie tego ma sens tylko jeśli słońce jest dostatecznie silne i ciepłe.
Dlaczego mówi się "dostatecznie jasne"? To przecież nie ma sensu, najmocniejsze słońce wcale nie jest najjaśniejsze. Najjaśniejsze słońce to ta blada wydmuszka nieba w czasie zimy.
Za motylami. Nie jestem oszalałą hipiską, która twierdzi, że ma z nimi duchową więź. Nie piszę o nich wierszy. Nie piszę o nich piosenek. Nie wzdycham romantycznie z głębi duszy, kiedy je widzę. W istocie, pierwsze spotkanie z motylami, które pamiętam nie należy do moich najlepszych wspomnień - w ciągu tego jednego przedpołudnia w czułym wieku lat czterech czy pięciu nauczyłam się kilku ważnych rzeczy, ale niewygodne poczucie winy pozostało mi do dzisiaj. To była twarda lekcja, której nie zapomniałam nigdy. I dobrze. Twarde lekcje po to właśnie są.
Kiedy myłam okna tydzień temu do mojego pokoju wleciały dwa. Miałam spory problem.
Spróbujcie wygonić z pokoju motyla, jeśi z powodu traumy z dzieciństwa boicie się go dotknąć.
Teraz spróbujcie to zrobić z dwoma.
Madre urządziła wreszcie ogródek. Pozwoliłam sobie na uśmiech, kiedy odkryłam w jednym rogu sporą budleję.
Skoro już przy ogródku jesteśmy, to muszę powiedzieć, że jestem dumna z madre - choć nigdy jej tego nie powiem, a ona nigdy nie przeczyta tych słów. Jest piękny.
Lubię irysy. Lubię nawet klonik japoński, wokół którego madre chodzi jak na szpilkach. Lubię angielskie róże pod balkonem, madre sterroryzowała kilku niczego nie podejrzewających właścicieli szkółek ogrodniczych i voila! Mamy odmianę pachnącą. Obok lawenda i kocimiętka.
Może kiedyś ich zapachy też będą mi się kojarzyć z latem. Chciałabym, lecz wątpię.
Bo jak dotąd lato... kojarzy mi się po prostu z dzieciństwem. Z byciem dzieckiem?
Z obydwoma.
Kiedy zobaczyłam w tym roku Grające Fontanny i fajerwerki, kiedy leżałam na plaży gapiąc się w gwiazdy do wtóru Beatlesów, kiedy wychodzę z moim psem na spacer i ścigam się z nim przez dżunglę nawłoci sięgającej mi do podbródka, kiedy biorę gorący prysznic po przesiedzeniu kilku... godzin za długo na zimnym tarasie, kiedy odwracam plecy do słońca i chichoczę sama do siebie na myśl o tym, że tak samo musi się czuć świeża kajzerka, kiedy znajduję siniaki i błoto w miejscach, w których w moim wieku nie powinnam ich już znajdować, kiedy czuję ciepłą kostkę brukową pod stopami, kiedy słucham świerszczy i zżymam się na idiotę, który wymyślił, że najlepszą onomatopeją dla tego odgłosu będzie "cyk"... dociera do mnie, że jeszcze nie wszystko stracone. Ba, że daleka jestem od tego. Że dopiero kiedy każda z tych rzeczy przestanie mnie cieszyć, będzie to znak, że czas położyć się i umrzeć.
Mój Ty Tam Na Górze... nawet nie wiecie jaka to ulga.


djkopyta 2009-08-19 20:32:58 skomentuj (18)
So what if the girl's crazy, insanity never looked so good!
Na początku chciałam tylko wspomnieć, że czuję się jak szklana butelka coli. Sprite. Cola za słodka. Wreszcie znalazłam swoje bąbelki. [edit] Miłka zwróciła moją uwagę na fakt, że porównywanie się do niezdrowych, obrzydliwie słodkich napojów gazowanych nie działa najlepiej na moją samoocenę. Mam sobie powtarzać "Jestem ruskim szmampanem. Jestem ruskim szampanem". W sumie... to nawet lepiej pasuje... [/edit]
Buzują, jeśli to kogoś interesuje. Jeżeli uda mi się utrzymać ten stan, to kto wie, kto wie... może uda mi się wrócić?
Część bąbelków uderzających w kapsel to ewidentne plot bunnies. Skikają jak szalone, mam tyle pomysłów, że nie wiem, za które brać się najpierw.
Powrót K. spowodował, że przypomniałam sobie o pewnym pomyśle na notkę, który zagnieździł się w mojej głowie dobre dwa lata temu, tuż po pewnej rozmowie w czasie Tygodnia Kultury. Rozmowa miała miejsce na parapecie na drugim piętrze i dotyczyła... hm, dotyczyła, powiedzmy, pewnego specyficznego spojrzenia na świat pewnej osoby. Tak. Och wiem, jestem mistrzem dyplomacji i niedomówień, prawdziwy ze mnie Geniusz Zbrodni. Ci, którzy mają skojarzyć - skojarzą. Ponieważ jednek nie mogę wymienić tych osób, jestem zmuszona prosić wszystkich, aby w tym momencie przystanęli na sekundkę. Usiedli. Odłożyli kruche przedmioty, jeśli trzymają takowe w rękach. I z całą pewnościa, absolutnie i bezwzględnie przestali spożywać jakiekolwiek pokarmy. Ponieważ to właśnie TY, drogi Czytelniku, możesz być tym, kto dostrzeże związek - a jako taki, najprawdopodobniej udławi się wszystkim, co w chwili przeskoczenia iskry będzie trzymał w ustach.
Temat na dziś: co widzę, kiedy patrzę w lustro?
...czy tylko mi się wydaje, czy też słyszę pokasływanie? Mówiłam: nie jeść. Ale nie. Jak zwykle nikt mnie nie słucha.
Nic nie poradzę. Ja tu tylko piszę, poza tym - obiecałam, że ta notka powstanie.
Całkiem... elektryzująco, nieprawdaż? Co pojawi się w dalszej części tej notki? Cielesność to w naszym powierzchownym pokoleniu taki intrygujący temat. Zwłaszcza w pewnym (co tu dużo kryć - naszym) wieku. Hormony to potężna siła, której znaczenia nigdy nie należy lekceważyć i choć najczęściej powodują kłopoty, to od czasu do czasu potrafią być tak... zabawne?
Dobrze więc. Od czego powinnam zacząć? K.? Ty tu jesteś specjalistką. Góra, dół, na boki, czy po skosie?
Stopy... chyba wszyscy zgodzą się ze mną, że stopy to jedna z najbardziej idiotycznych części ciała. Absurdalnie prostopadłe zakończenie nóg. Kiedy myślę o stopach, pierwsze co przychodzi mi na myśl, to dwa ucieleśnione wierzchołki paraboli Stosunku do Stóp, czyli Norman Fetyszysta i Karolinka (pozdrawiamy gorąco z rozkołysanego pokładu Www.djkopyta.blog.pl). Jak widać stopy, na co dzień praktycznie niezauważalna część ciała, potrafią budzić żywe emocje. Moje nie są wyjątkowe. Prawa i lewa. Obie pięciopalczaste. eM. twierdzi, że kiedy już w końcu marnie skończę i trzeba będzie zidentyfikowac moje spalone/spuchnięte od wody/zmasakrowane zwłoki, ona będzie w stanie to zrobić po jednym rzucie oka na stopy. Nie powiem nic więcej.
Nogi. Są... cóż. Dwie? Owinięte jeansami składającymi się z dziur (ani słowa eM. Ani słowa)? Ponieważ jestem ofermą, którą jestem, najczęściej stanowią one prawdziwą kronikę wypadków różnych - w chwili obecnej mam na nich gustowne rozcięcie od krawędzi szklanych drzwiczek łazienkowej szafki oraz malowniczy siniak, wielkości mniej więcej Australii, od ładowania wiatrówki śrutem. Nie, nie powiem gdzie, przecież to mogą czytać nieletni. Głębokie westchnięcie. No dobrze, niech będzie - nogi to jedna z niewielu części mojego ciała, które nawet lubię. eM. (skąd tyle eM. w tej notce?! Nigdy więcej nie nocujesz u mnie tuż przed pisaniem. Nigdy.) mamrocząc, że ich nienawidzi, uparcie twierdzi, że długie, czego nie potrafię zrozumieć - zawsze myślałam, że są normalnej długości. Wiecie, coś w rodzaju "od podłogi do początku tułowia". Czy przypadkiem nie jest tak, że nogi wszystkich ludzi mają ten sam początek i zakończenie?
I co teraz? Skromna cisza i co najwyżej panieński rumieniec (gdybym tylko była do niego zdolna...), przykro mi.
Plecy jakie są każdy widzi. Mam nadzieję, że nie jestem odosobniona w nieśmiałym poglądzie, że to w gruncie rzeczy bardzo działająca na wyobraźnię część ciała. Skoro już jesteśmy przy tym temacie - czy ktoś mi w końcu łaskawie wytłumaczy o co chodzi z tymi dwoma wgłębieniami u podstawy? Szybki surf naukowy.
Wujek Google na zapytanie "dołki w plecach" mówi:
-Mam do was ogromną prośbę. Dzisiaj na plaży widziałam jedną dziewczynę, która miała bardzo fajne dołeczki na dole pleców, takie dwa po dwóch stronach kręgosłupa. Może wiecie jak można takie sobie wyćwiczyć???
-
Ćwiczenia siłowe do wkonania na siłowni znajdziesz w "zbiorze", albo spytasz po prostu instruktora.
Natomiast najbardziej pospolitym ćwiczeniem, które spokojnie można wykonać w domu jest wznoszenie tułowia w leżeniu na brzuchu z rękoma założonymi na karku. Jeśli dysponujesz sztangą to mozesz robić "dzien dobry" badz "martwy ciag" - gdzie pozycja wyjściowa zaczyna się "przy zgiętych kolanach".

-Ja kiedyś miałam fioła na punkcie dołeczków. Ale odkąd mam problemy z prostownikami grzbietu (od piłki lekarskiej) musiałam trochę przystopować.
Jakiego instruktora? "Zbiór"? Wznoszenie tułowia... z czym? Jak? "Martwy ciąg"? Prostowniki grzbietu? Przeraziłam się. Czy mogę już oficjalnie zostać uznana za mutanta?
Talia zaginęła w akcji. Poszukiwania trwają, ale ekipa ratunkowa traci nadzieję na powodzenie swojej misji.
Mam małe dłonie. To pewien problem, zwłaszcza kiedy człowiek jest całkiem wysoki jak na swój wiek, a nie może przejść do skrzypiec 3/4, bo ma za krótkie palce.
Szerokie ramiona gracza w rugby. Tak, też mi przykro z tego powodu.
W czerwcu (dekolty...? Jakie dekolty?) trzy osoby zwróciły moją uwagę na moje własne obojczyki. Jedna z nich zrobiła to podbiegając do mnie w łazience i krzycząc, podczas gdy odruchowo ścierałam jej ślinę z policzka (tak, uprzednio polizała mnie po policzku na przywitanie. Zgadnijcie kto to?):
-Hej, Naaaaaaaaaaaaaaat! Ooooo... - tu dźgnęła mnie palcem w okolice szyjne - ...masz te takie obojczyki! Solniczkę i pieprzniczkę!
Wujek Google milczy na temat "solniczka i pieprzniczka obojczyki".
Dziwne wgłębienie między dolną wargą a podbródkiem. O szczegóły pytać eM., ona się tego czepia.
Kiedy byłam młodsza lubiłam swoje usta. Wykrój znaczy.
Typowy nos rodziny K. Można powiedzieć, że odziedziczony po dziadku. Piękny to nos. Bardzo klasyczny. Dumny. Wspaniały. Wręcz arystokratyczny. Taki nos to skarb.
U faceta.
-Od razu widać, że Łukasz to twój brat. Macie takie podobne nosy...
-...dzięki. Mój brat miał złamany nos.
Relacja między mną, a moimi oczami jest dość napięta. Mamy swoje wzloty i upadki. Większość upadków. Znacie tę dziecięcą zabawę odczytywania przyszłości po kolorze oczu? Te rymowanki typu "oczy niebieskie, życie królewskie", "oczy zielone, życie szalone" itd.? Proszę bardzo, cofnijmy się o jakieś dziesięć lat, kiedy chodziłam na świetlicę.
-Ty masz... piwne! Oczy piwne, życie dziwne!
-Teraz Natalka! ...eee... to będzie... nieb... nie, raczej sza... zielo... ne? Jakie ty masz oczy?
Miło byłoby mieć oczy w jednolitym, stałym, dającym się określić kolorze. To musi być całkiem przyjemne. Dotychczas tylko dwóm osobom udało się określić kolor moich oczu, z czego jedna poparła to nawet wywodem naukowym i artykułem na Wikipedii (gratulujemy, B.). I nie, jedną z tych osób nie była...
-Em, jakie ja mam oczy?
-Dziwne.
Podejrzewam, że nie pomaga fakt, że ostatnio z rosnącą rezygnacją zauważyłam, że zmieniają odcień jak pijane zające na wiosnę. I proszę się nie czepiać tego porównania. Tak się mówi i tej wersji zamierzam się trzymać.
Grzywka Beatlesa. Jeżeli sytuacja między mną, a moim oczami jest napięta, to stosunki na linii dyplomatycznej ja vs. moje włosy to lądowanie w Normandii, Pearl Harbor i oblężenie Sewastopola w jednym. Walka bez pardonu na śmierć i życie. Nie wiem jak to jeszcze określić. Mogłyby się chociaż zdecydować, czy są proste czy kręcone.
I nie znoszę tego... tego braku koloru. Co to za odcień?! Woda po umyciu naczyń? Słoma? Kałuża? Brudnobury? Santa Maria.
Obawiam się, że to wszystko, co mogę Wam powiedzieć. Nie zdradzę się ani jednym słowem ile mam pieprzyków. I ile. Będę milczeć jak grób w sprawie znamion. Reszta... cała ta reszta... resztę trzeba będzie odkryć na własną rękę.
Muszę przecież zostawić (nie)sobie kilka tajemnic... prawda?
W zamian za to, mam dla Was KONKURS!
Niepodobna do nikogo, "Nie Oszukujmy Się, Klasycznie Piękna To Ty Nie Jesteś", może jednak Ałtorka KOGOŚ CI PRZYPOMINA? Madonna? Carla Bruni? Lech Kaczyński? A może Jean Reno? Jaką słynną postać przypomina Ci Ałtorka? Szanowne żyri przyjmuje tylko odpowiedzi z uzasadnieniem.
Nagroda (bo domyślam się, że to jest dla Was najważniejsze...) - napiszę notkę pod dyktando zwycięzcy. Ok, ok. Nie przesadzajmy, nie pod dyktando. Ale na temat, który wymyśli i w formie, którą mi zleci. Uprzedzam, że jeśli pomysł będzie stał w sprzeczności z moją religią, poczuciem przyzwoitości, dobrego smaku, albo po prostu uznam, że jest nudny jak flaki z olejem - będę walczyć. Ale wszystko jest do negocjacji.
Na koniec dorzucę tylko, że naprawdę miło czytało się komentarze pod poprzednią notką. Nie, nie chodzi o pozytywne opinie, choć i za te dziękuję, usiłując dygnąć wdzięcznie. Chyba po raz pierwszy Wasze komentarze odnosiły się bowiem to notki powyżej. To wspaniałe uczucie, człowiek zaczyna dochodzić do szokującecgo wniosku, że może jednak ktoś, od czasu do czyta, CZYTA to, co się tutaj pojawia.
Niesamowite.
I niepokojące...
P.S. Jak przeżyć uroczystość rodzinną? Wreszcie odkryłam dobry sposób. W punktach?
1. Ubierz się ładnie. Sukienka przed kolano, obcasy, rozpuszczone włosy, te sprawy.
2. Ucałuj babcię. W końcu to jej 70. urodziny.
3. Znieś szereg w zamierzeniu sympatycznych, w efekcie mających katastrofalny wpływ na Twoją samoocenę komentarzy ("Ohoho, Natalka tak już stężała, robi się z niej prawdziwa kobietka").
4. Ucieknij przed kobietami z rodziny na podwórko.
5. Przed dziećmi z całej rodziny (średnia wzrostu - jeden metr, cyfrą: 1) salwuj się ucieczką za stodołę.
6. Znajdź zgromadzenie wujków i starszych kuzynów płci męskiej palących w ukryciu przed dziećmi i kobietami, i prowadzących męskie rozmowy o życiu i śmierci oraz zajętych mini konkursem strzeleckim ("kto trafi
do tej małej, zawieszonej daleko na krzaku puszki?").
7. Wysłuchaj kolejnego szeregu rubasznych komentarzy. Znieś spokojnie pobłażliwe pytanie "czy może chcesz sobie spróbować?", nabicie Ci wiatrówki ("bo do tego potrzeba siły") oraz sugestie dotyczące celu ("nie, nie, to za trudne, ty spróbuj sobie na tym wielkim kawałku blachy, o widzisz? Tam na płocie, jakieś osiem metrów stąd").
8. Odgarnij włosy. Stań pewnie na obcasach. Przytul się do wiatrówki.
9. Traf w puszkę. Pozbieraj szczęki wujków (i swoją przy okazji) z trawy.
10. Spędź następne trzy godziny maniakalnie przeładowując wiatrówkę i celując do puszki. Drobna rada: ten jeden, jedyny raz przydadzą się do czegoś dzieciaki. Będą zachwycone mogąc podawać Ci śrut, zwłaszcza mały blonydnek, który podobno jest Twoim dalekim kuzynem, a który patrzy na Ciebie z dumą w oczach. Plus, w tej sytuacji możesz na nie swobodnie wrzeszczeć "Wypad mi z linii strzału, ale już, bo łebki wam pourywa!" bez obawy, że jakiś nudny dorosły uzna to za zbyteczne/toksyczne.
11. Pokornie znieś potepiające spojrzenie madre po powrocie do salonu. Ukryj siniak wielkości Australii.
12. Wróć z zębatym uśmiechem do domu.



djkopyta 2009-08-11 23:50:14 skomentuj (19)

Info

Ałtorka.
Wiek w latach: 18. "No, Kucek, teraz to już tylko dziwki, alko i koks".
Wiek w cynizmie, stetryczałości, zgryźliwości i sarkazmie: ok. 183.


Archiwum

2009
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
listopad
wrzesień
sierpień
lipiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
październik
wrzesień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec



Tagi
autobus iron virgin lejter matura miłość noce i dnie reaktywacja teatrzyk strefa mroku tori amos uczta-dialogi imprezowe wielkie teorie



Linki

Seryjnie
Skins "Fock yt." Team Chris!

Komiksy/Fanfiction
Captain Excelsior is a lover, and a father. Probably in that order.
MARRY ME Damn cute.
No Pink Ponies Jess = Ja, Lyla = eM.
Sequential Art Googly hats and the Denizens
Giselle Welcome to Hell! Visit our souvenir shop!
Amen BANGLA!* (*Ka-boom!) (pl.)
Człowiek-Szynszyla "Jeśli nie czytasz Człowieka-Szynszyli, to tak, jakby twój syn jeździł bez kasku." (pl.)
Wulffmorgenthaler 15/10 za bezczelne, niepoprawne politycznie okrucieństwo
The Movie I don't consider myself a religious person, but if you're up there - save me, Movie Man! (pl.)
Lackadaisy The bestest. Jak to możliwe, że to jest za darmo?
Fey Winds "Fey Winds is a stark, brutal portrayal of the heartbreak caused by pet dander -- no wait..."
The Meek Obłędne kolory.
Evil Diva "You see, Diva has a small problem. A goodness problem."
Bug City Lepsze niż Sin City (pl.)
Hell Hotel May Devil Cry? (pl.)
Bundz Wstawianie tutaj tego linka jest ZŁE!
They call him the Dark Lord Voldemort... Fanfiction pełne wcielonego zUa
Losux "Płoń, święty ogniu!"
Trino Riddle Stare, dobre, potterowe czasy

Bezedury
NEW MATH Realist = Pessimist + Good PR
Ask A Urinal Sage answers from the holiest of places. We just need to find the right questions.
TV Tropes Dowody na istnienie Systemu
Sad Trombone Porażka anyone?
Yes, I Read It. It's Still Stupid "Hi, my name is Rachel, and I’m reading Twilight..."
Orisinal Najbardziej pastelowe gry jakie istnieją
Bash Niebezpieczeństwa rozmów internetowych
Diabolic Team Ulubiona grupa filmowa - twórcy "Piątku"!
CZYŃ ZŁO! "Tylko czarne glaaaany, są naprawdę funny, bo mroczna załoga nosi je na nogach!"
Yeh yeh Dla (bleh) zakochanych. In your faces.
Śpiewające koniki Klasyk. Bum-ci-ci-bum-bum.

Moi szeksowni wielbiciele
Alfabet Kobiety Nie-po-kolei
Sleeping Castles Szopa myśli nieuczesanych
Szpona i Bidzina brzydkie rozmowy Pizza, honor, ztm
Miłka Pochanke Nadrodzynie, rodzynie właściwe, podrodzynie i Miłki. Oraz kisiel!
Bidzin's blog Linkowy pierwiastek męski
Szpon Mnóstwo krwi zmieszanej z humorem



Layout

Wykonany przez Inez.
więcej: Szablony.blogowicz.info
Obrazek ściągnięty stąd.