Biforek
Studniówka. Moja. Dziś wieczorem.
Jeszcze całkiem niedawno to wszystko nie mieściło się w jednym zdaniu.
Dzisiaj w sumie nadal się nie mieści, przynajmniej w moim rozsądnym pojmowaniu, tyle tylko, że to... prawda. Fakt.
Czy mam jakieś wielkie przemyślenia związane z tą okazją? Jakiś wniosek? Obserwacje? Oczekiwania? Przełomową teorię spiskową?
Um. W sumie nie.
Właściwie mogłabym tylko wstawić komentarz i tyle. Ale są momenty, którym trzeba oddać to co chwilowe i uhonorować je w jakiś sposób. Jakikolwiek.
To jeden z nich.
Bo nawet jeżeli w tej sekundzie przejmuję się bardziej organizacją kabaretu, tym, czy nie wywalę się pośrodku auli dokonując krwawej masakry na walcu oraz zagadnieniem przebieranki ze stroju do poloneza w sukienkę (oraz tym, jak to u licha zrobić szybko i dyskretnie?!), to przecież kiedyś musiałam mieć trochę większe oczekiwania. Niech pomyślę...
Nigdy nie byłam typem, który marzy o balu a la Kopciuszek, w którym anonimowy, zebrany pod ścianami tłum podziwia mój wdzięczny taniec z Księciem. Brr. Nie.
Właściwie to nie pamiętam, czy kiedykolwiek wyobrażałam sobie własną studniówkę. Sam bal chyba nie był aż tak istotny. Wraca do mnie bardziej to, o czym pisałam wcześniej - jako mała dziewczynka, którą chyba nigdy nie byłam, miałam pewne wyobrażenia na temat siebie w punkcie, w którym teraz jestem. I powiem tylko tyle - ten punkt jest oddalony o jakieś tysiąc lat świetlnych od tego, gdzie spodziewałam się ujrzeć. Nie miałam być tą osobą, którą jestem teraz. Miałam być dojrzałą, wyrafinowaną 18-latką (le gasp! Cóż za DOROSŁY wiek!) z całym bagażem doświadczeń i radości jakiego można oczekiwać po normalnej, zdrowej dziewczynie w moim wieku. Miałam wiedzieć wszystko o makijażu i chłopcach (bo zakładałam, że w którymś momencie mojego życia zacznę sobie na poważnie zaprzątać głowę jednym i drugim), miałam chodzić do klubów (bo nie przewidziałam nadejścia Katastrofalnej Ery Techno oraz pojawienia się Problemu Cudzych Miednic Chętnych Do Ocierania Się o Moje Biodra) i miałam mieć przed sobą wytyczoną ścieżkę kariery (bo zakładałam, że będę uczyć się systematycznie).
Mówią, że naiwność jest święta. Moi drodzy, życie uczy mnie, że naiwność jest po prostu naiwna.
Ponieważ w wieku osiemnastu lat jestem kompletnie niepozbieraną psychicznie porażką życiową, która słynie z rozczochranej fryzury i "władczego, niedostępnego, miażdżącego chłodu" (okazuje się, że miano Królowej Śniegu ma dużo dłuższą tradycję niż ostatnia notka. Choć w nieco innym znaczeniu) oraz jest, co tu dużo mówić, wredną zołzą, która ma średnią szansę na dostanie się na studia, od których i tak wszyscy ją odwodzą. I w sumie nie wie, co ze sobą zrobić.
Hmm. Aż przeczytałam jeszcze raz to co napisałam. No, niewesoło. Ale, Ty Tam Na Górze, kto by się tym przejmował? Żyję? Żyję. Jestem zdrowa? Mniej więcej. Mam co jeść? Mam. Mam się dobrze? Nie. Ale co mi tam.
"And I think everything is going to be all right, no matter what we do tonight..."
Pink, bejbe!
Tagi: reaktywacja djkopyta 2010-01-23 12:22:00 skomentuj (32)
And my visions are undeniable
Powinnam robić w tej chwili coś innego. Jestem tego tak pewna jak tego, że... że... że pewna para będzie tutaj bardzo szczęśliwa. Właściwie przez całe swoje życie mam wrażenie, że powinnam robić coś innego, ale o tym już wspominałam, zdaje się. Nawet jeśli tym razem mam tutaj na myśli tylko nieszkodliwy stos kserokopii z angielskiego i kilka zaległych prac w Języku Szatana.
Uporawszy się z dylematami własnego sumienia (zbyt szybko?), zakręćmy się w coś radosnego i przejedźmy czołgiem samosądu po moich ubiegłorocznych postanowieniach, co Wy na to?
1. Nie wiem. Wtedy chodziło mi chyba o coś innego. Nie o to. Nie o to... W sumie mogę obwiniać tylko siebie, prawda? Mam, czego chciałam. Chyba. Zostawmy to.
2. Przejdźmy dalej.
3. Następne pytanie, proszę.
4. Ugh.
5. Przez kilka ostatnich miesięcy nie chodzę już spać tak późno. Naprawdę. Najwyżej o 1 nad ranem. Czasami o 2. Ale rzadko.
6. Wykazałam całkowitą kontrolę. Co prawda polega ona na wystrzeganiu się fanfiction.net jak diabeł święconej wody w ciągu semestru, a następnie nadrabianiu tego wielogodzinnymi wakacyjnymi i świątecznymi maratonami, w czasie których reaguję histerią na każdą próbę kontaktu ze strony świata zewnętrznego, ale... kiedy chcę, to umiem przestać i to się liczy. Inna sprawa, że przestaję widzieć w tym jakikolwiek sens - nie to, żeby rzeczywistość miała mi do zaoferowania choć ułamek tej radości jaką znajduję w swojej głowie. To chyba nienajlepiej świadczy... o czym?
7. Czekam na wyrok szanownego jury.
8. Hej, nawet nieźle.
...co przypomina mi o tym, że zalegam z "Procesem", aw shit.
9. Bez komentarza, BEZ KOMENTARZA.
10. Fakt, niektóre rzeczy się po prostu nie zmieniają.
Czyżby dziesięć porażek na rok 2010?
Notek: 31.
Samotnych godzin: 8760.
Oblane egzaminy na prawo jazdy: 2.
Stan cywilny: relikt przeszłości, ostatni przedstawiciel gatunku.
Dobrych wspomnień: kilka.
Złych wspomnień: o wiele więcej.
Zgubionych telefonów: wyjątkowo zero.
Dobrych uczynków: za mało.
Dobrych myśli: jeszcze mniej.
Złamanych przedsionków: myślę, że zebrałoby się ze trzy.
Samoocena i poczucie własnej wartości: leżą i nie mają już nawet siły kwiczeć.
Gruba kreska, którą muszę wyrysować na własną rękę, a która i tak zawsze będzie za cienka.
Szukałam w sobie ostatnio nowych postanowień. Patrzyłam jak śnieg spada ironicznie tuż po świętach i osiada na moich włosach, na mojej kurtce, na chodniku i trawie, na moich ustach i rzęsach, ciepło mojego ciała niewystarczające by go stopić. Śnieg tłumił wszystkie odgłosy, był chłodny i obiektywny, przykrywając wszystko jednakowym szmerem wypełniającym ciszę dzwoniącą w uszach. I wszystkie ostre kanty zniknęły, ustępując miejsca białej nieokreśloności, wyglądającej tak miękko i przytulnie, a pod którą jak wiem, krył się tylko lód. Nic więcej, tylko śliski, zbrodniczy, ciemny lód i zimno twardej gleby. Padający śnieg tańczył w powietrzu, podświetlony na pomarańczowo przez światło latarni, wirował miękko, wirował, wirował, wirował, migocząc, migocząc, migocząc, bez końca, bez końca, bez końca i był tak okrutnie, zwodniczo piękny, że przyłapałam samą siebie na uleganiu jego pustym obietnicom, na tym, że może da się ukryć wszystko co było pod sypkim płaszczykiem dającym się modelować we wszystkie kształty. Więc stanęłam w miejscu, wierząc, że mogę wreszcie przestać biec, bo przecież wygląda na to, że nikt oprócz mnie tego nie robi. I pozwoliłam się zasypywać, coraz więcej płatków przytulało się do mnie i byłam coraz piękniejsza, jak makabryczna wersja Królowej Śniegu, cała w zastygym uśmiechu. A potem, kiedy w końcu chciałam się ruszyć, poczułam coś. Więc spojrzałam w dół i okazało się, że to moje ręce. Moje ręce były zmarznięte do punktu, w którym nic już nie czułam oprócz jakiegoś tępego bólu krwi przepychającej się z trudem przez zesztywniałe palce. Więc znowu zaczęłam biec, wiedząc już, że jestem na to skazana... ale one nie chciały się ogrzać.
Co dalej?
Kiedy siedziałam w Sylwestra o siódmej piętnaście nad ranem w poczekalni, usłyszałam małe dziecko pytające swojej mamy:
-Mamo, kiedy w końcu będzie widno?
Nigdy, mój mały. Nigdy.
1. Przestanę się uzewnętrzniać na blogu z siłą emo-wodospadu. To żałosne.
2. Przestanę trząść nogą i przygryzać dolną wargę, bo wyglądam jak debil.
3. Najpierw nauka, potem fanfiction. Najpierw nauka, potem fanfiction. Nowa mantra.
4. Przestanę tracić czas gapiąc się prze okno i obserwując wszystko co w danej chwili leci z nieba. Nie jestem Bellą, na litość Boską.
5. Przestanę... przestanę... zacznę... będę.
P.S. Cześć, Basia.
Tagi: numb djkopyta 2010-01-03 00:27:44 skomentuj (17)
And then I don't feel so bad
Ten dzień miał wyglądać inaczej.
Wczoraj miałam skończyć pierwszy, a jednocześnie przedostatni semestr nauki, po czym wrócić do domu, włączyć komputer i po raz pierwszy od czterech miesięcy spotkać się z moimi najlepszymi przyjaciółmi na fanfiction.net. Odciąć się od ludzi. Nie myśleć. Zakopać się w śniegu i przetrwać pod nim ostatni tydzień tego potwornego roku. Tymczasem wróciłam do domu późno i odpadłam. A dziś wrodzona uczciwość nakazała mi rozprawić się z przeszłością.
Dzień Prania Brudów. Zarówno w sensie dosłownym, jak i przenośnym. A Ten Na Górze wie, że mam co prać...
Obudziłam się z instynktownym przestrachem, sprawdziłam komórkę - szósta rano. Zgasiłam światło wyznaczające drogę potworom spod łóżka przez całą noc i opadłam na poduszki. Wstałam raz jeszcze, wyciągnęłam spod siebie "Diament wielki jak góra" i wróciłam do spania.
Następnym razem obudził mnie mój brat. Zegar wskazywał dwunastą trzydzieści, co oznacza, że mój organizm podstępnie wykorzystał okazję do nadrobienia deficytu snu i pozbawił mnie przytomności na trzynaście godzin. Czasami zastanawiam się jak długo bym spała, gdyby nikt mnie nie obudził. Całą wieczność? Do końca życia? Może zostałabym następną Śpiącą Królewną, tylko że starzejącą się w zamku, wokół którego głóg pozostałby już na zawsze?
Odespałam. Wyciągnęłam spod siebie przypadkowe zdjęcie psa skaczącego komuś na nogę zrobione przez kogoś na szkolnej wycieczce (zdjęcie wisiało u nas w klasie, a po zmianie dekoracji wylądowało w moim plecaku, naturalną koleją rzeczy zaczęłam go używać w roztargnieniu jako zakładki). Co następne? Ponieważ lubię widok ładnego, białego śniegu na polach, logicznym było, że w nocy przyszedł deszcz i zmył wszystko, pozostawiając zielono-bure plamy, których nienawidzę. Rok 2009, zwycięzca konkursu na Najgorszy Rok Mojego Życia nie zamierza poddawać się bez walki. Z bojową miną wciągnęłam na siebie stare sprane Eve'y. Ja też nie. Nadszedł czas sprzątania.
Pozbyłam się wymiocin mojego psa. Zrobiłam pierniki, które nie chciały wyjść (rok 2009 robi co może), jak zwykle dbając o to, żeby żadna z foremek nie poczuła się odrzucona, nawet ta krzywa w kształcie króliczka, złamana w kształcie domku ani ta w kształcie kaczuszki, obojętnie od tego jakie nie byłyby moje preferencje polityczne. Zeskrobując pierniczki z blachy zamarłam na chwilę na widok ostatniego z nich - samotnego w oceanie otłuszczonej mąki pokrywającym blachę serduszka z pęknieciem biegnącym przez całą jego długość. Patrzyłam na nie przez minutę, nie mogąc uwierzyć w kicz życia, po czym prychnęłam i zeskrobałam je z blachy. Ponownie posprzątałam wymiociny psa. Wyszorowałam kuchnię od góry do dołu, zmyłam nawet makutrę. Prewencyjnie podlałam orchideę wódką - ten kwiatek wypił w swoim krótkim życiu więcej alkoholu niż niejeden Polak na święta, ale wełnowce (wróg) nigdy nie śpią. Słuchając "Midwinter Graces" po raz czwarty, co zrobiłam? Tak, po raz kolejny sprzątnęłam wymiociny mojego chorego psa (co on jadł?!). Sprzątnęłam biurko, łącznie z jedyną szufladą jaką w nim posiadam, a w której znalazłam między innymi:
-5 kłębków muliny
-bilety na koncert The Rolling Stones
-poradnik o pozycjach seksualnych, który dostałam od eM. na siedemnaste urodziny
-3 cyrkle
-5 temperówek
-mydło ogórkowe
-2 zeszyty sudoku
-6 opakowań po lekach
-mapę Wilna
-paczkę petard
-woreczek foliowy z litami.
Porządek w płytach. Porządek z filmami. Porządek z książkami. Porządek na półce z podręcznikami. Porządek w kserówkach. Porządek w papierach. Porządek w teczkach, kolekcji aniołów, na nocnym stoliku, w piórniku i na parapecie.
A potem, kiedy już zabrakło mi wymówek, otworzyłam nowy Dziennik i zrobiłam porządek z minionym rokiem.
Jeszcze raz zamyśliłam się nad pewnymi życzeniami, skupiając się nad tym jak mimowolnie okrutnie i ironicznie zabrzmiały. Zaryzykowałam również rozmyślanie o tym, co stało się tuż po nich... ale szybko wycofałam się z tego terytorium, bo nawet ja nie miałam już serca kazać samej sobie zostawać tam dłużej. Za dużo niewiadomych, a nieliczne fragmenty, które rozumiałam - bolały.
Na końcu wyciągnęłam CV, które znalazłam kilka godzin wcześniej pod
podkładką na biurku. I zapalniczkę. Po chwili gardząc sobą bardziej niż
kimkolwiek kiedykolwiek, schowałam papier na samo dno teczki z
makulaturą, a teczkę wepchnęłam gdzieś, gdzie mam nadzieję już nigdy
jej nie znaleźć. Nie umiem. Po prostu nie umiem. To byłoby jak zaparcie się samej siebie.
Podsumowując moje rozmyślania i wspominatozy, wynika z nich, że jestem tam, gdzie byłam trzy lata temu. W szkolnej łazience.
Jezu. Po prostu... Jezu. Wiem, że masz się urodzić dopiero pojutrze, ale ktoś mi tutaj przewinął życie o tysiąc dziewięćdziesiąt pięć dni i czy nie możnaby czegoś z tym zrobić? Że co proszę? Że coś się przecież zmieniło? Ano...
Ano porównuję siebie dzisiaj i siebie sprzed roku, jadącą autobusem w tej dziwnej nieruchomej przestrzeni między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem, w czasie, który wydaje się zamierać w oczekiwaniu na coś wielkiego. Tamta ja ma trochę krótsze włosy, inną grzywkę, ale poza tym wydaje się taka sama. Ma ten sam błękitny płaszcz i czerwony szalik, te same słuchawki na uszach i tak samo maniakalnie wykręca ręce. Ale wie, że robi coś, co jest w porządku.
To różnica między Tamtą Mną, a dzisiejszą mną. Wklepując w klawiaturę poszczególne słowa przygryzam dolną wargę (stały nawyk), słucham muzyki, o jakiej rok temu pewnie nawet bym nie pomyślała, piszę na gg słowa, za które rok temu znienawidziłabym każdego, a system moich wartości... nie, nie został przekręcony do góry nogami. Coś obrócone nadal stoi. Ja natomiast mam pokój pełen niepasujących puzzli, z których każdy chce iść w swoją stronę. Przeszłam od wiary, przez niewiarę do... czegoś, czego nie potrafię nazwać i w sumie nie obchodzi mnie to. Wierzyłam w Słowo na M. Gwałtownie przestałam. A teraz, na trzeźwo i surowo, wydaje mi się, że poznałam prawdę. Przeszłam brutalny kurs zasad gry dla dorosłych i wiem już, że szczęśliwe zakończenia istnieją. Są możliwe. Że to, na co czekałam może się przytrafić... tylko nie mnie. Nauczyłam się, że problem nie leży w świecie i jego zasadach, ponieważ one po prostu nie istnieją. Nie liczy się to, co robisz i jakie są Twoje intencje. Nie wiem jeszcze, co się liczy w takim razie, ale na pewno nie Twoja wola. Ona nie znaczy nic.
Uświadomiłam sobie, że całe moje dotychczasowe życie było czekaniem. Aktywnym czekaniem, o ile istnieje coś takiego, ale jednak czekaniem, tęsknotą za czymś wielkiem. Około czternastego roku życia przestałam co prawda wierzyć w to, że list z Hogwartu zawieruszył się gdzieś na poczcie, ale nadal czekałam. Na swoje pięć minut. Na swoją historię. Na coś wielkiego, nawet w moim własnym lokalnym wymiarze. Na cokolwiek.
Przestałam. I tyle. Sama nawet... do licha, przecież doskonale wiem kiedy.
Rok temu, pisząc o "byciu ponad to", nie miałam pojęcia o czym mówię. Nawet nie macie pojęcia jak bardzo chciałabym, żeby nadal tak było. Tylko co, jeśli nadal wszystko jest moim młodzieńczym złudzeniem? Jeśli tak samo jak rok temu wydaję się samej sobie już bardzo zepsuta i cyniczna, a to nadal tylko początek? Przecież ja już nie mam w sobie ani kropli. Przecież we mnie już nic nie ma. Co jeszcze można mi zabrać? Co będzie używało tego kursora za rok? Jeszcze ja czy coś całkiem innego, coś co bedzie wyglądać jak ja, co będzie się poruszać jak ja, ale co nie będzie już mną?
Coraz mniej mnie we mnie.
Nieodwracalnie?
Miałam od razu dodać bilans postanowień noworocznych, ale został nam jeszcze tydzień, a rok 2009 nadal czuwa. Może być przecież jeszcze gorzej.
Wiecie już czemu wstawiłam notkę świąteczną dzisiaj. Gdybym wkleiła ją jutro, przeczytalibyście ją w pierwszy dzień świąt, a ja jestem ostatnio tak cholernie niezabawna, że aż mnie samej nie chce się tego dotykać.
Skończyłam. Odwieszam myślenie na półkę. Przez tydzień - nie ma mnie. To jest ten moment, na który czekałam. Zaczynam od jutra. Skoro zgubiłam siebie w tym, co robiłam rok temu, spróbuję odnaleźć siebie w tym samym, bo i tak nic innego mi nie pozostało. Może za tydzień uda mi się wrócić w niejednym tego słowa znaczeniu. Chciałabym teraz zapalić papierosa na mrozie i zapatrzeć się w gwiazdy, ale nie ma mrozu podczas którego wszystko jest wyraźniejsze, tylko mdłe błoto, no i nadal obowiązuje mnie obietnica złożona W. Zatem zamiast tego, ponieważ z dnia na dzień czuję się coraz bardziej samotna, otoczę się swoimi ramionami, bo nie mam niczyich innych i podczas gdy po raz ostatni będę słuchać tego, czego słucham tak naprawdę, Wam pozwolę się już rozkoszować moją ulubioną świąteczną piosenką. Niech będzie. Jedyną świąteczną piosenką, którą potrafię znieść bez zgrzytania zębami. Może dlatego, że nie rozbrzmiewa w supermarketach? Jutro, pojutrze... poświęćcie chwilkę dla tych, których nie stać na luksus kuszenia losu.
Wesołych Świąt etc. Wiecie, że jestem w tym beznadziejna.
Niech pomyślę. Dlaczego to wstawiam? Bo piosenka jest genialna, tekst sprzyja mojemu braniu się w garść, a sukienka i włosy Palomy (to w ogóle piękna kobieta jest, muszę powiedzieć) są obłędne, czy taka odpowiedź Wam wystarczy?
Na początku pozwolę sobie odnieść się pokrótce do pytania z komentarzy do poprzedniej notki. Czy mam coś wspólnego z filozofią? Otóż trudno powiedzieć.
Przygoda z filozofią rozpoczęła się w moim życiu dobrych parę lat temu - konkretnie kiedy w pierwszej klasie gimnazjum moim nauczycielem od polskiego został profesor (tytuł, który przysługuje mu w moich oczach z samego szacunku, którym go darzę) Grzegorz R., osobowość niezwykła, nauczyciel z pasją, charakterem, subtelnie ironicznym, a miejscami zahaczającym o perwersję poczuciem humoru, a na dodatek - z nieprzeciętną wiedzą z wielu dziedzin. Wychowanek pani K. (mojej nauczycielki od fizyki, of course, witajcie w Wielkiej Rodzinie Władysławiaków - tak jest, tak brzmi jeden ze sloganów, które się nam wpaja), nauczyciel polskiego, filozofii oraz podstaw przedsiębiorczości, wielbiciel teatru, biegów maratońskich (!), podróży w spartańskich warunkach po krajach takich jak Armenia czy Gruzja (!!) i wycieczek wysokogórskich (chętnie opowiada o kolejnych etapach zdobywania Kilimandżaro) (!!!). Temu oto człowiekowi udało się nakłonić kilkoro z nas, młodych, ambitnych i Bóg-wie-jakich-jeszcze do udziału w konkursie filozoficznym dla gimnazjum. Pierwszy etap (test) spadł na nas jak grom z jasnego nieba ("Ej, to już dzisiaj?" "Nie wiem, myślałam, że za miesiąc. Idziemy, przynajmniej ominie nas matma"), ale już trud włożony w pisanie w panice w ostatni wieczór przed terminem pracy na drugi etap ("Przedstaw i porównaj koncepcję miłości zawartą w <<Uczcie>> Platona i <<Hymnie o miłości>> św. Pawła") okazał się wysoce opłacalną inwestycją - droga rekrutacyjna do liceum wyboistą i ciężką być potrafi, zwłaszcza jeśli do straty punktów za "styl i język" na rozprawce masz, młody Padawanie. Czternaście punktów piechotą nie chodzi.
Jak każda sytuacja, i ta miała swoje plusy i minusy, a największym minusem stała się Niezachwiana Lecz Wygórowana Wiara Profesora R. w Moją Osobę. Którą to Wiarą mimo wszystko udało mi się porządnie zachwiać nie oddając, wbrew jego oczekiwaniom, pracy na olimpiadę filozoficzną w pierwszej klasie liceum - czego głęboko się wstydzę w głębi duszy, i nie powiedziałam tego głośno.
W drugiej klasie nie miałam już wyboru. R., zwany też Lśniącym Adidasem z racji upodobania do ww. rodzaju obuwia, zażądał od każdej osoby w klasie pracy na jeden z tematów olimpijskich w ramach zaliczenia semestru z filozofii (tak. Przez dwa lata miałam filozofię jako oddzielny przedmiot. Witajcie we Władysławie, raz jeszcze). Uznałam, że skoro już i tak muszę nad tym siedzieć, równie dobrze mogę zrobić to porządnie. Tak, owszem, tydzień spędzony w BUWie, a następnie pięć nocy (i mam tu na myśli prawdziwe noce. Od pierwszej do piątej nad ranem noce) spędzonych nad tym koszmarem jasno ukazały mi błędy w moim rozumowaniu. Powstało TO (sporo osób chciało kiedyś rzucić okiem na tego bękarta, więc czemu nie pośmiać się jeszcze raz nad własnym stylem sprzed roku?).
Skończyłam pisać, wydrukowałam, oddałam nie przeczytawszy nawet całości. Zrobiłam to dopiero kilka dni później, kiedy było już za późno. Byłam przerażona tym, co wyprodukował mój umysł. Upiłam ich. Nie patrzcie tak na mnie, po tym wszystkim ta praca nie mogła wyjść normalna. Dlaczego przeszła dalej? Moim zdaniem komisja sprawdzała moją pracę na końcu, kiedy sami już nie za bardzo wiedzieli co się wokół nich dzieje... albo robili to w czasie popijawy i poczuli powinowactwo duchowe z ululanym Deweyem.
Tylko... tylko dlaczego tegoroczny schemat wyglądał tak samo? Nagabywanie przez profesora R. Wybór tematu na samym początku i natychmiastowy poród pokręconego pomysłu. A potem... zwlekanie do ostatniej chwili po to, by następnie zamieszkać w BUWie na jeden tydzień, a drugi spędzić na tworzeniu w panicznym pośpiechu?
Dlaczego ja nigdy nie uczę się na własnych błędach?!
Tym razem powstało TO. Przytaczam z tych samych względów co powyżej. No, może jeszcze dlatego, że ta praca jest choć częściowym spełnieniem mojej wielkiej notki o powrotach, która wiruje mi po głowie od kilkunastu miesięcy. Moim hymnem do tego zmęczonego jak ja miasta.
I tak, wykorzystałam w niej kawałki notek. Spalcie mnie za to na stosie, ale wiedzcie tylko, że ich miejsce od początku było tam. Razem. W jednym miejscu.
Podsumowując - teoretycznie możnaby powiedzieć, że mam coś wspólnego z filozofią. Z drugiej strony nie należę do tych ludzi, którzy czytają "Mdłości" do poduszki, rzucają Nietzschem jak mięsem na prawo i lewo, a od czasu do czasu niedbale wspomną o Schopenhauerze strzepując popiół z nihilistycznego papierosa wystudiowanie znudzonym ruchem dłoni. Mało tego - nie umiem znaleźć w sobie podziwu dla tych ludzi. Staram się. Naprawdę. Powtarzam sobie "Nat, to mądrzy ludzie. To inteligentni ludzie pełni głębi, którzy wiedzą co jest ważne w życiu, i mają rację twierdząc z samego założenia, że świat jest zły. Są taaaaacy stylowi ze swoim ponurym egzystencjalizmem, wiecznym pesymizmem oraz brakiem poczucia humoru nadrabianym przez nadmiar poczucia wyższości. To jest to. Mądrzy ludzie. Czuj się przy nich plebejska, oni nie zniżyliby się do czytania Terry'ego Pratchetta albo Jane Austen i CZERPANIA Z TEGO PRZYJEMNOŚCI. Ich nazwiska są ZBYT ŁATWE DO WYMÓWIENIA", święta guacamolo, szlag mnie trafia jak tylko o tym piszę. Bowiem w rzeczywistości czuję jak na widok takich ludzi w gardle rośnie mi... i rośnie... i rośnie... wielka... fala... pustego śmiechu. I na litość boską, nie wspominajcie przy mnie o "Świecie Zofii". "Świat Zofii" powinien być wydawany w bibliotekach po uprzednim teście na poziom samooceny, a na okładce każdego egzemplarza powinien znajdować się wielki czerwony napis "TA JEDNA KSIĄŻKA NIE CZYNI Z CIEBIE INTELEKTUALISTY". Mam dość ludzi uważających się za filozofów z powodu krótkiego romansu z tą książką - która w istocie, z praktycznego punktu widzenia uczyniła ludzkości ogromną krzywdę, utwierdzając ją w mylnym przekonaniu, iż wie, że wszystko wie. Jeśli już koniecznie chcecie zaimponowac komuś Gaarderem na obwolucie, przeczytajcie "Dziewczynę z pomarańczami", dobrze? Dziękuję.
Zatem nie, nie błyszczę cytatami ani datami, jak również moim ulubionym filozofem pozostaje stary, dobry Sokrates. Jako jedyny z tej całej zgrai miał odrobinę zdrowego rozsądku i poczucia humoru. Niech będzie. Dopiszcie jeszcze do listy Voltaire'a.
Więc jak, mam coś wspólnego z filozofią?
Ale ja nie o tym. Również nie o tym, że udało mi się odtańczyć na WFie tango i walca (CUD NASTĄPIŁ! ALLELUJA!) ani o tym, że zaliczyłam dziś kolejny poziom Frajerskiego Wtajemniczenia wywracając się na prostej drodze i robiąc rzeź niewiniątek z własnego kolana i jeansów (nie, nie potknęłam się. Po prostu biegłam na autobus, biegłam, biegłam... a potem nagle jedna noga powiedziała do drugiej "hej, stara, skoczymy na piwo z sokiem?" i obie przestały działać). Ja o tym, o czym inni, czyli... czy to tylko moja narastająca paranoja i niechęć do ludzi, czy też naprawdę wszyscy ostatnio ciągle gadają o tym samym?
Nie, naprawdę. Są dokładnie trzy i pół tematu, które zajmują ostatnio umysły, dusze, serca i trzustki moich rówieśników. W kolejności przypadkowej:
EDUKACJA/MATURA. Wbrew pozorom - najmniej popularny ze złotej trójki (i pół). Zaczyna się wpychać, kiedy nawet już mój rozmówca ma dość paplania o pozostałych dwóch (i pół). Matura, maturrrra, przedmioty, oceny, kofeina, wymogi, terminy, valium, plany, studia, kierunki, próby samobójcze, podania, kapitanie, czy widać już ląd? Tak, też rozmawiam o maturze, ciężko, żeby nie. Ale mam tego dość i jeżeli jeszcze raz usłyszę "hmm, jak tam przygotowania do matury" albo "gdzie będziesz składać?", pytania zadawane z braku laku i innych tematów, pytania, które są dla mnie po prostu irytująco NUDNE! - wbiję zęby w pierwszą rzecz jaka mi się nawinie. A potem zacznę krzyczeć. Hulk niszczyć, Hulk miażdżyć.
A na moje wymarzone studia nie potrzeba 184 punktów. Potrzeba ich, jak się okazuje, ok. 197 - czy skaczecie z radości razem ze mną?
FRUSTRACJA SEKSUALNA. Ponieważ otóż owszem NIE, nikt tutaj nie rozmawia o seksie, wszyscy tylko nawijają o tym jak ogromnie im go brakuje i jak niesamowicie chcieliby go uprawiać. Ja wszystko rozumiem, uwierzcie mi, wbrew pozorom też jestem człowiekiem, ale... jeżeli NAPRAWDĘ tak straszliwie Wam go brakuje, to po prostu idźcie i zróbcie co trzeba. Nie? Tak myślałam.
Wiem, że brzmię okrutnie. Wiem, że brzmię jak hipokryta traktujący z góry tych wszystkich nędznych rówieśników zajętych tak przyziemnymi problemami. A tutaj przecież wcale nie o to chodzi. Tym, co mnie tak naprawdę denerwuje są następujące fakty:
1. CIĄGŁE rozmowy na ten temat. Mam tutaj na myśli CIĄGŁE-CIĄGŁE rozmowy, czy naprawdę nie ma już innych tematów?
2. Poprawka do punktu powyżej - to nie są rozmowy. To jest ciągłe jęczenie, zawodzenie, narzekanie, argh, ZNOWU robię się sfrustrowana od samego pisania na ten temat. "Kuuuuuuuuuuuc, chcę seeeeeeeeksuuuuuuu", Santa Maria, I CO Z TEGO WYNIKA?
3. Czy naprawdę wszyscy poruszający temat seksu w ten spoób sądzą, że czyni ich to bardziej niegrzecznymi? Hardkorowymi? Niepokornymi? Buntowniczymi? Wyzwolonymi? Odważnymi? Otóż NIE. Wszyscy tutaj mamy odrobinę tzw. pomyślunku, zatem wiemy, że rozwiązanie sprawy standardowym sposobem nie wchodzi w grę i każde z nas będzie cierpliwie czekać na swoją kolejkę. Ponadto - czy ja wyglądam jak zakonnica? Nie? Więc dlaczego połowa moich koleżanek (uh oh) GROZI mi tym, że "zrobi coś głupiego"?
RÓBCIE. Tylko nie jęczcie mi nad uchem PRZEZ CAŁY CZAS.
Połówka - podpunkt do powyższego: MIŁOŚĆ. Zastanawiałam się, czy nie nazwać tego raczej "PŁEĆ PRZECIWNA", ale nie, wszyscy mówią tylko o seksie i miłości, tym co je łączy, co je różni, czy jedno wymaga drugiego, czy też na odwrót, a może jednak nie mają ze sobą kompletnie nic wspólnego. Hasło Pokolenia? Miłość nie istnieje.
Nie wiem już co gorsze, wyrachowanie, którego przeciez postanowiłam się nauczyć, czy też świadomość, że coraz większy procent ludzi wokół mnie zaczyna - tak jest! - mieć życie uczuciowe. Normalne, zdrowe życie uczuciowe. Jeszcze trochę i zaczną dobierać się w szczęśliwe, partnerskie związki, brr.
Och, wypchajcie się. To jest notka dla mojego wewnętrznego sfrustrowanego dziesięciolatka, ok? Dużo w niej magicznego CapsLocka, złości, tupania nogami i wysoce debilnych wykrzyknień.
I wreszcie... DEPRESJA. Wszyscy ją mają albo mieli, WSZYSCY. Ja, ze swoją "osobowością borderline" (diagnoza eM.) i boję się dociekać czym jeszcze, zaczynam się czuć jak dziecko jednej nocy Troskliwego Misia i Kucyka Pony. Ciągle słyszę tylko o tym jak żle żyje się wszystkim naokoło, jak bardzo przygnębieni, zmęczeni, zgorzkniali i cyniczni są. I tak, zdaję sobie sprawę z tego, że znowu wychodzę w tym momencie na gigantycznego hipokrytę, ale... depresja? Wujku Google, opowiedz mi bajkę.
Około 10% populacji
cierpi na depresję. 25% epizodów trwa krócej niż jeden miesiąc. 50%
ustępuje przed upływem trzech miesięcy.
Zatem jak to jest, że ok. 80% mojego otoczenia ma depresję, która trwa dobry drugi rok z rzędu? Może po prostu to moje towarzystwo tak wpływa na ludzi? Może jestem jakąś mentalną Maską Czerwonego Moru?
Walczmy, moi drodzy, walczmy i nie dajmy się ogólnie przyjętemu przez nasze pokolenie przekonaniu, że inteligencja równa się wiecznej rozpaczy i wzdychającemu ponuro malkontentyzmowi, a coś takiego jak "dobra komedia" nie istnieje (co przypomina mi, że miałam Wam przekazać jedną prawdę: Will Shakespeare był geniuszem. Jak babcię kocham, geniuszem. Ten człowiek i słowa pasowali do siebie jak wtyczka do kontaktu.
Sigh no more, ladies, sigh no more,
Men were deceivers ever,-
One foot in sea and one on shore,
To one thing constant never.
Mówiłam, że geniusz!).
Znajdźmy sobie jakiś inny temat do rozmowy. Wymienimy się przepisami na bożonarodzeniowe pierniczki? Porobimy głupie zdjęcia? Sprawdzimy, który błyszczyk najładniej pachnie? Odlecimy z zachwytu graniczącego z rozkoszą nad trailerem do "Princess and the Frog", która w moich oczach szykuje się do bycia jedną z najlepszych produkcji Disneya? Z góry ostrzegam przed najwyższym stopniem skażenia zajebistością. Kocham kolory, kocham animację (nawet ten kawałek ukradziony z "Księżniczki Łabędzi"), kocham miejsce (Nowy Orlean!) i zwłaszcza, zdecydowanie, obsesyjnie, niezdrowo, maniakalnie KOCHAM akcenty (południe! Louiiisiiiiana! Drawl! Cajun świetlik! Niech mnie ktoś powstrzyma!).
I czy to wszystko musi od razu oznaczać, że jestem głupia? Czy może po prostu czasami umiem cieszyć się życiem, bo dlaczego by do ciężkiej cholery tego nie robić? Lepszego egzemplarza i tak nie dostanę.
P.S. Na koniec zanurzmy się w atmosferze jednej z licznych, opowiedzianych idealną polszczyzną, anegdotek pana R.
-Za zamierzchłych czasów mojej młodości, po klasie krążyła jedna z grafik stosunkowo młodego wówczas rysownika, pana Mleczki. Wyglądało to w ten sposób, że grafika lądowała na ławce, dwie osoby schylały się nad nią, wybuchały śmiechem, nauczyciel uciszał, osoby przepraszały, po czym kartka szła dalej, pwoodując wybuch wesołości w następnej ławce. Grafika ominęła, niestety, tylko biurko nauczyciela, a przedstawiona była na niej żyrafa, w dośc nietypowej dla żyraf pozycji, a mianowicie - leżąca na plecach. Na żyrafie leżał nosorożec, w niedwuznacznej pozycji, a podpis pod rysunkiem brzmiał: "Obywatelu, nie pieprz bez sensu"... szkoda tylko, że jakoś nikt nie chciał się podzielić tą radością z nauczycielem.
Moi czcigodni Czytelnicy - nie pieprzmy bez sensu.
-Próbuj.
-Ale Mila, ja nie wiem.
-Ja spróbowałam.
-Taaaaak, i sama wiesz jak to się skończyło. Nie chcę popełnić tego samego błędu. Tylko to mi zostało.
-Ech.
-Ech.
-Czy nie mogłybyśmy w końcu przestać być uczuciowymi bliźniaczkami syjamskimi? Mam dość tego, że w życiu wiecznie spotyka nas to samo.
-Dzień dobry.
-...
-Gdzie mogę znaleźć bibliotekę wydziału filozofii?
-...jaką bibliotekę?
-...nic dziwnego, że w BUW-ie tego nie było. To jest właśnie specyfika BUW-u - nie znają się tam na ksiązkach. Hmm, teoretycznie nie mogę ci tego wypożyczyć. ...ale ja wierzę w młode pokolenie! Trzeba wspierać jego rozwój intelektualny! Musisz mi tylko coś zostawić.
-...zatem powiedziałam mu, że dowód dopiero mi się wyrabia. A on zażądał legitymacji. Więc jeżdżę autobusami na zniżkę, do której tymczasowo nie mam praw. Potem udało mi się odnaleźć bibliotekę wydziału dziennikarstwa, więc poszłam tam i zapytałam miłego młodego człowieka w recepcji czy...
-Mniam-mniam, Natalio, ale temu panu nie miałaś już co oddać.
-Więc widzisz, jak z tego wynika, faceci dzielą się na zadufanych w sobie, hollywoodzkich supermanów z loczkami w czerwonych majtkach na niebieskich legginsach, płaczliwych spidermanów użalających się nad sobą i wujkiem Benem, oraz na batmanów.
-A batmani to...?
-Prawdziwi m...
-Czerwone, Natala, CZERWONE, STÓJ!
-Uh-oh. Zagadałam się.
-Przepraszam, gdzie mogę znaleźć Instytut Historii Sztuki?
-...jaki instytut?
-Natalio... miłość Boża... miłość Boża nakazuje ci...
-Maćku.
-Ale posłuchaj, w myśl miłości Bożej jest nieodzowne... powtarzam: aboslutnie nieodzowne...
-Maćku.
-Abyśmy poszli popływać razem. W imię miłości Bożej.
-Maćku.
-Tak, Natalio?
-Moje oczy są tutaj.
-Kuc!
-Ta. Przyprowadziłam ze sobą przedszkole, żeby ich nie rozjechało na pasach.
-Czeeeeeeeść Nikeeeee...
-Niiiikeeee!
-Natalio Aleksandro Ka... wypijmy za to, że jesteś ostatnią trzeźwą.
-Kuuuuuuuuuucek, jednak było!
-...
-Madzia...! Nie!
"Każdy przypisuje sobie przynajmniej jedną z głównych cnót, a oto moja: należę do niewielu uczciwych ludzi, jakich kiedykolwiek znałem".
-Dobry wieczór, H&M Marszałkowska, słucham.
-Dobry wieczór, ja dzwonię w sprawie jutrzejszej sprzedaży kolekcji Jimmy'ego Choo...
-No i po problemie. Haha.
-Zemszczę się.
-Co?
-Nie wiedzą z kim zadarli. Moja zemsta będzie straszna.
-EMILA!
-No? I jak?
-Nie uwierzysz! To jest jakieś szaleństwo, dla pierwszych stu sześćdziesięciu osób mają być bransoletki w odpowiednich kolorach, które będą wskazywać na które DZIESIĘĆ MINUT wolno ci wejść, zwykłych smiertelników wpuszczą na ten fragment sklepu dopiero po jakichś dwóch-trzech godzinach, matko, czy ty wiesz co tam się będzie działo? Krew! Pazury! Stratowani starzy ludzie! Płacz niemowląt!
-Natala.
-Co? To jakaś ogólnonarodowa histeria.
-Będziemy tam.
7:33
"Iiiiii... pooooooszły! Ogary spuszczone z uwięzi, wyścig ruszył!"
7:36
"Ogarowi uciekł burakowóz i jest WŚCIEKŁY. Będzie dopiero na dziewiątą, grr."
7:38
"Ogar się nie martwi. Prawdziwy myśliwy już wyruszył na polowanie."
-Naaaaat, tu się dzieją straszne rzeczy. Mam bransoletkę na dziesiątą dwadzieścia, a byłam na miejscu po ósmej. Nie mam pojęcia o której tu byli ci, którzy wchodzą w pierwszej turze. Będę czekać na przystanku. Rozdają kawę, na litość boską, kawę! Jak podczas oblężenia!
-Ej nieee, Emila, co ty mówisz, jadę właśnie tramwajem wzdłuż Marszałkowskiej i z tego co widzę nie jest wcale... nie jest... tak... źle... o mój Boże...
-A nie mówiłam?!
-Jesteś pewna, że wiesz co robisz?
-Kpisz sobie? Ja URODZIŁAM SIĘ dla takich chwil. Trzymaj.
-Co? Torbę czy płaszcz?
-Wszystko. Potrzebuję swobody ruchów i miejsca na wymach łokciem.
-Mila, kochanie, nie zależy mi AŻ TAK na tych butach, nie musisz dla nich ryzykować życia swojego i in...
-Cicho. Powiedziałam, że je zdobędę, to je zdobędę. Nie po to pracowałam tyle w tej zbrodniczej korporacji, żeby teraz nie korzystać... o, cześć Aga... żeby teraz nie korzystać z zawartych znajomości i wiedzy na temat kulisów tego sklepu. Ja WIEM jak to działa. O, a to jest Gregor.
-Kto?
-Gregor.
-Powinnam wiedzieć kto to?
-Hel-oł, góra? Kierownictwo? Szef szefów?
-Mila. On rozdaje ulotki z rabatami. Przed chwilą sama dostałam od niego jedną.
-A widzisz gdzieś u niego lejmową koszulkę H&M?
-Nie.
-WŁAŚNIE. Jest na tyle szefem, że może sobie pozwolić na rozdawanie ulotek dla rozrywki.
-To jak bardzo bogaci ludzie, którzy mogą sobie pozwolić na chodzenie w butach produkcji Carrefour?
-Dokładnie tak.
-Musisz to zrobić. Jestem z tobą.
-Dobrze. Trzymaj torby.
-Pamiętaj: idziesz na zwiad i sprawdzasz jaki kolor bransoletek zaraz wchodzi. Zrozumiałaś?
-Emila. To nie fizyka kwantowa.
-Ok. Idź, żołnierzu. Idź i bądź moimi oczami!
-Czy ten facet...
-...miał torbę z Ikei pełną pudełek z butami? Tak. Patrz na to stare małżeństwo.
-Czy ona zamierza sobie nałożyć barwy wojenne?
-Chyba tak. Oho, przygotowuje łokcie.
-Santa Maria, ty wiesz jaka z tego będzie notka?
-Grzesiu!
-Tak?
-Możemy zacząć jazdy spod cerkwi?!
-Hmm... jasne, tylko dlaczego krzyczysz? Gdzie ty jesteś?
-W dziewiątym kręgu dantejskiego piekła!
-Jesteś moim mistrzem! Zdobyłaś je! Swoje masz?
-Mam. Przymierzamy. Jak się okaże, że zły rozmiar, to masakra.
-...
-...o Boże...
-...nieeee, Emila, to jest... to jest... nie, to jest zły pomysł, one są za wysokie i... i... ja... nie, to bez... bez...
-Za późno. Widzisz swój wzrok? Już się zakochałaś. Zakładaj drugiego.
-...
-...nienawidzę cię.
-Co? Ale dlaczego?
-Ghh, NIENAWIDZĘ CIĘ. Podwiń te jeansy. ...ok, TERAZ naprawdę cię nienawidzę.
-Ale...
-Jesteś DŻAGĄ!
-...czym?
-DŻAGĄ! Wychodź. Wyjdź i przejdź się.
-Mila, w tym się nie da chodzić. To jest fizycznie niewykonalne.
-Kochanie. Kołysz BIODRAMI, nie ramionami.
-Och.
-WŁAŚNIE. Nienawidzę cię. Ciebie i twoich głupich nóg.
-Ale...
-Zamknij się, dżago.
-...o rany.
-Pff.
-Załamałaś się, co?
-Nieeeeeeee, co ty, bez przesady, to nie było...
-A jednak. Załamałaś się.
-Natalka. Zwolnij.
-Dobrze, dobrze.
-Dobrze, dobrze, ale nadal wciskasz gaz!
-Jestem zdenerwowana.
-Widzę, ale nie musisz od razu próbować nas pozabijać!
-Przepraszam, że zniszczyłam ci jakieś... dziecięce marzenia. I to nie było ironiczne.
-Dziękuję za ładne kondolencje. I to też nie było ironiczne.
-Ta teoria jest niesamowita! Od tygodnia nie mogę przestać o niej myśleć, chodzę i kwalifikuję wszystkich swoich kumpli!
-Widzisz, Grzesiu? Jestem specem od teorii, mówiłam ci.
-To jest wspaniałe, widzisz, mam takiego kolegę, który... Natalia, ale zawracamy z kierunkowskazem.
-Damn it! Zawsze coś.
-Mila, nie rób burdy. Proszę cię. Nie rób afery. Nie chcę tego.
-Jesteś moim lwiątkiem, a ja wściekłą lwicą-matką. Będzie afera.
-Natalia, co ja powinienem zrobić z tą twoją pracą?
-Co ksiądz uważa za stosowne.
-Ale to... hm... to mnie zmartwiło, widzisz...
-Miał być mój hymn o miłości, no to jest.
-Kuuuuuc?
-Nie patrz tak. To prezent numer jeden dla Pszczoła. To nie moja wina.
-Kuc jest moim mistrzem! Moją boginią seksu! Ma najpiękniejsze ciało i naprawdę to zrobiła!
-To, że nie robię tego na co dzień, nie oznacza, że nie umiem.
-I to bez alkoholu! Kuc ma za to u mnie Desperadosa!
-Meen, nie dość, że jestem dziwką, to jeszcze tanią i mi to nie przeszkadza.
-Proponuję traktat pokojowy.
-Ale... ale ty jesteś pijana! I jutro nie będziesz pamiętać!
-Ech... ludzie małej wiary w moją głowę i dobrą wolę...
-Naaaaaaat. Nie pozna... nie poznaję szię.
-Mam dość bycia smutną.
1:58
"Jestem zszokowana Twoir zachowaniem. Ale podoba mi się ta odmiana. Odezwę się jutro. Buzia"
-To pojedziesz się zapisać na egzamin, masz tu kasę i... Natala?
-Tak, mamo?
-Czyja... czyja to koszula?
-Tak, czyja to koszula?
-Uh oh. Cześć tato. Maćka?
-Ale... och, ale dlaczego Ty ją masz? On Ci pożyczył?
-Tak! Tak. Można tak powiedzieć. Tego.
-Nooooo dobrze, ale co ja mam z nią zrobić? Do prania?
-Ummmm, no taaaaak, trzeba ją będzie wyprać... kiedyś.
-...
-...
-To może ja ją wezmę od ra...
-NIE! To jest, haha, nie, nie rób sobie kłopotu, sama ją zaraz zaniosę do pralni, tak, tak, będę pamiętać.
-Mogłabyś sobie wreszcie znaleźć chłopaka, jak wszystkie inne normalne dziewczyny, ale nie!
-...
-Ja w twoim wieku już byłam z tatą i on mi nie pozwalał samej wracać do domu, a ty się szlajasz nie wiadomo gdzie sama, no bo ty musisz być singieeeeeelką!
-...
-Ty po prostu czekasz aż cię ktoś złapie i zgwałci! Mało ci było tamtego w autobusie?! Jakbyś miała chłopaka nie byłoby takiego problemu!
-...
"20 stycznia 2006r., piątek
22:00
(...) i nie będę go zastępować marnymi substytutami. (So help me God!)"
"23 stycznia 2006r., poniedziałek
19:05
(...) Nie tracę nadziei. (...) z kimś, kto nie jest MD, a ja myślę, że jest. Brrr! STRASZNE."
I to był mniej więcej miesiąc mojego życia w pigułce.
CNMD.
Tagi: miłość, wielkie teorie, uczta-dialogi imprezowe djkopyta 2009-11-24 00:45:03 skomentuj (29)
With a full glass and an empty heart
W życia wędrówce, na początku czasu, straciwszy z oczu szlak niemylnej drogi, w głębi ciemnego znalazłam się lasu...
Stoję na straconej pozycji - w moim świecie nie ma Wergiliusza. Poza tym, Alighieri zaliczył chociaż trzydziestkę. A podobno nasze pokolenie wolniej dojrzewa psychicznie...
Nie wiem. Stwierdzenie Tygodnia: nie wiem. Nic już nie wiem.
-Przygotuj się po prostu na to, że może nie dać rady i tyle.
-Jestem na zero. Nie da rady i będę na minusie, więc... dzięki, ale dzięki.
Robiąc wszystko, żeby nie stracić kontroli - tracę ją. Nigdy nie brałam się za typ, który szukałby zapomnienia i bezsensownego buntu, właściwie tego nie robię, a może jednak, nie umiem tego wytłumaczyć, czy o drugiej nad ranem z obcą szklanką w dłoni, w kuchni, której nie znam, wśród ludzi, których nie znam, a którzy dzielą swoje nieszczęście w chwili spalenia, czuję ulgę? strach? spokój? niepokój? radość? a może wreszcie nic oprócz basów, przy których nie muszę o niczym myśleć, bo one mówią mi nawet jak pompować krew i pracować płucami, poddają rytm pulsowaniu mięśnia sercowego. Cud życia w misce chipsów.
-Pa... pamiętam ją na ostatniej imprezie u N., kiedy ty ją spytałeś
"Natalio, czy jesteś oportunistką?", a ona na to... ona na to... nie
pamiętam co ona na to.
Dlaczego życie zmusza mnie do wyciągania ręki z zamkniętymi oczami?
Jak dekadencka postać z kiepskiego, oklepanego serialu szukam czegoś, co mogłabym poczuć, a że resztka niewinności we mnie wzbrania się jeszcze przed sposobami Kazimierza, radzę sobie jak mogę. Jednocześnie trzecia myśl wymieszana z brudem spod dywanu przeszłości doskonale widzi co robię, więc powstrzymuje mnie przed palnięciem naprawdę dużego głupstwa (rzecz w pomniejszającej swe granice definicji głupstwa), zatem... Zatem wszystko w porządku, tak?
-Mmm, ile masz lat?
-Osiemnaście i nie zbliżaj się do mnie.
Jeżeli wszystko jest tak w porządku, to dlaczego czuję, że nic nie jest w porządku?
Unoszę brwi w niemym geście zdumienia i szacunku dla F., któremu niespodziewanie dla mnie udało się wyrazić to słowami - podobnymi do tych, które nawiedziły Zaceszyt prawie rok temu. Masz rację, do gołej kości.
W sumie nie jest tak źle, tylko ta potworna... niepewność.
Tagi: iron virgin, uczta-dialogi imprezowe djkopyta 2009-11-01 16:20:33 skomentuj (45)
You tell me lies, But you do it with style.
Dzisiejszy dzień był zły. Po prostu... zły. Stopień nasycenia negatywną karmą osiągnął poziom, w którym zaczęłam bać się kontaktów z ludźmi, żeby przypadkiem kiepska aura nie przeszła na nich i nie wepchnęła ich pod autobus.
Nie, nie czuję złości. Na ten temat kiedyś napiszę całkiem inną notkę. Kiedyś, kiedy będę gotowa. Smutek? A co to takiego? Deszcz na policzku? Nie miałam przyjemności. Rezygnacja? Zdefiniuj.
Jak to jest, że drobne rzeczy niszczą nas skuteczniej niż wielkie katastrofy? Jakbyśmy byli grubym murem, który życie próbuje pokonać gołymi rękoma - może nas tylko rozbierać... kawałek... po kawałku... jedna... cegiełka... za drugą...
Intrygujące - po przekroczeniu pewnego punktu krytycznego nie potrafisz już zrobić nic innego niż zaśmiać się nieco histerycznie każdej kolejnej seryjnej myśli prosto w rozciągnięte w szerokim uśmiechu zęby. Duże, ostre zęby.
Śmiejcie się razem ze mną, bo niczym innym już nie mogę się z Wami podzielić. Nie mam czym. Nic mi nie zostało. Obawiam się, że wyjadamy resztki, moi drodzy... ale to ostrzeżenie i tak Was nie powstrzyma, prawda?
"Bad Days have a nasty habit of getting worse once you realize that they are Bad Days."
Polecam, naprawdę gorąco polecam serial Skins. W celu dalszej eksploracji zapraszam do rubryczki po prawej.
Seryjnie Pushing Daisies Life. Death. And life again. Najsłodszy serial świata. Skins "Fock yt." Team Chris!
Komiksy/Fanfiction The Zombie Hunters The dead should stay dead. Kukuburi Miłość od pierwszego kadru z gigantyczną fioletową żyrafą i latającymi wielorybami bojowymi Girls with Slingshots Two girls, a bar and a talking cactus! Teraz serio: Hazel = ja, Jamie = eM. Kropka w kropkę. Captain Excelsior is a lover, and a father. Probably in that order. MARRY ME Damn cute. No Pink Ponies Flying Mouse Man! Plus ChixComix. Sequential Art Googly hats and the Denizens Giselle Welcome to Hell! Visit our souvenir shop! Amen BANGLA!* (*Ka-boom!) (pl.) Człowiek-Szynszyla "Jeśli nie czytasz Człowieka-Szynszyli, to tak, jakby twój syn jeździł bez kasku." (pl.) Wulffmorgenthaler 15/10 za bezczelne, niepoprawne politycznie okrucieństwo The Movie I don't consider myself a religious person, but if you're up there - save me, Movie Man! (pl.) Lackadaisy The bestest. Jak to możliwe, że to jest za darmo? Fey Winds "Fey Winds is a stark, brutal portrayal of the heartbreak caused by pet dander -- no wait..." The Meek Obłędne kolory. Evil Diva "You see, Diva has a small problem. A goodness problem." Bug City Lepsze niż Sin City (pl.) Hell Hotel May Devil Cry? (pl.) Bundz Wstawianie tutaj tego linka jest ZŁE! They call him the Dark Lord Voldemort... Fanfiction pełne wcielonego zUa Losux "Płoń, święty ogniu!" Trino Riddle Stare, dobre, potterowe czasy
Bezedury NEW MATH Realist = Pessimist + Good PR Ask A Urinal Sage answers from the holiest of places. We just need to find the right questions. TV Tropes Dowody na istnienie Systemu Sad Trombone Porażka anyone? Yes, I Read It. It's Still Stupid "Hi, my name is Rachel, and I’m reading Twilight..." Orisinal Najbardziej pastelowe gry jakie istnieją Bash Niebezpieczeństwa rozmów internetowych Diabolic Team Ulubiona grupa filmowa - twórcy "Piątku"! CZYŃ ZŁO! "Tylko czarne glaaaany, są naprawdę funny, bo mroczna załoga nosi je na nogach!" Yeh yeh Dla (bleh) zakochanych. In your faces. Śpiewające koniki Klasyk. Bum-ci-ci-bum-bum.